Rynek nieruchomości handlowych powoli do przodu, jednak inflacja hamuje rozwój sektora

alex-knight-309862-unsplash
Rynek nieruchomości handlowych powoli do przodu, jednak inflacja hamuje rozwój sektora. Końcówka roku dla nieruchomości handlowych w Polsce stała pod znakiem wzrostu inflacji i idących za nim różnych konsekwencji, wzrostów cen energii oraz skutków wojny w Ukrainie.

Analiza zachowań zakupowych pokazała, że Polacy nie odwrócili się od e-handlu, moda na zakupy w parkach handlowych trwa, a marki dyskontowe coraz mocniej rozpychają się na rynku. W swoim cyklicznym raporcie eksperci BNP Paribas Real Estate prognozują, że ten rok zapisze się m.in. modernizacjami starszych obiektów i rosnącą popularnością inwestycji mixed-use.

Na koniec minionego roku w Polsce było około 15,7 mln m kw. powierzchni handlowej, w tym 410 tys. m kw., które zostały oddane na rynek w ostatnich 12 miesiącach. W tym czasie największym debiutującym obiektem zostało centrum Karuzela w Kołobrzegu (30 tys. m kw.). Otwarty pod koniec października obiekt to ósmy projekt w portfelu Karuzeli, który dzięki jego oddaniu do użytkowania powiększył się do 90 tys. m kw. powierzchni.
Z raportu BNP Paribas Real Estate Poland wynika, że w budowie pozostaje około 270 tys. m kw. nowej powierzchni, z planowanym terminem zakończenia prac do końca 2024 roku. Wśród największych powstających inwestycji handlowych są: Koszalin Power Center (38 tys. m kw.), centrum Karuzela w Białej Podlaskiej (28 tys. m kw.) oraz Vendo Park w Szczecinie (24 tys. m kw.).

Obraz rynku w minionym roku mocno ukształtowały czynniki związane z wojną, szalejącymi podwyżkami, a także ciągnącymi się globalnymi skutkami pandemii. Nie ułatwiały one decyzji o starcie nowych inwestycji, część z nich została odłożona na półkę. Rosnące koszty to coś, co będzie miało kluczowy wpływ na sytuację na rynku handlowym w tym roku. Drogie budowy, drogie koszty eksploatacji i rekordowe stawki mediów będą miały swoje odbicie w rosnących czynszach. Szacujemy, że po indeksacji obciążenia wzrosną jednorazowo z 7 proc. do 9 proc., dla wielu najemców będzie to ciężki orzech do zgryzienia – mówi autorka raportu Klaudia Okoń, konsultantka z działu Business and Intelligence HUB, BNP Paribas Real Estate Poland.

Źródło: BNP Paribas Real Estate.

Nowoczesne systemy służące do zarządzania płynnością finansową

E. Oszajca_Mat. prasowy
To nie zysk, a przede wszystkim płynność finansowa decyduje o sukcesie biznesowym przedsiębiorstwa. Dostęp do gotówki staje się coraz ważniejszy. Nowoczesne systemy zarządzania płynnością pozwalają znacząco poprawić kondycję finansową przedsiębiorstw.

Spis treści:
Uwalnianie gotówki z faktur
Swobodna wymiana danych

W czasach gospodarczej niepewności, jak nigdy wcześniej liczy się łatwy i szybki dostęp do gotówki. Szczególnie, gdy przewagę konkurencyjną budujemy, oferując kontrahentom możliwość regulowania zapłaty za wystawione faktury z odroczonym terminem płatności. Z jednej strony pozwala to na utrzymanie odpowiedniej pozycji rynkowej. Z drugiej jednak może sprawić, że płynność finansowa staje się nie lada wyzwaniem, ponieważ na bieżąco należy regulować koszty stałe, a środki od kontrahentów zazwyczaj spływają stosunkowo długo.

Uwalnianie gotówki z faktur

Właśnie dlatego z roku na rok rośnie popularność faktoringu, czyli usługa „uwalniania gotówki z faktur”. Pozwala przedsiębiorcy otrzymać pieniądze szybciej niż wynika to z terminu płatności. Nawet zaraz po wystawieniu faktury. Wszystko dzięki narzędziom faktoringowym, za pomocą których faktura w momencie przesłania do kontrahenta, trafia jednocześnie do firmy faktoringowej, która może ją sfinansować. W efekcie klient faktoringowy może otrzymać środki jeszcze tego samego dnia. Natomiast źródłem spłaty faktoringu są wpłaty dokonywane przez kontrahentów w terminie płatności określonym na fakturze.

Swobodna wymiana danych

Nowoczesne rozwiązania faktoringowe pozwalają jednak na swobodną wymianę danych pomiędzy klientem a faktorem. BNP Paribas Faktoring, we współpracy z firmą Comarch, stworzył zaawansowane narzędzie faktoringowe – system eTrade. Charakteryzuje się szybką wymianą danych pomiędzy klientem a faktorem przy zachowaniu najwyższych standardów bezpieczeństwa i jakości, intuicyjnością w zakresie obsługi oraz raportami sprawozdawczymi, z możliwością definiowania pod konkretne potrzeby.

Klient, po zarejestrowaniu faktur w systemie faktora, co odbywa się poprzez dostarczenie jedynie danych z wystawionych faktur, może zdecydować, za które faktury chce wcześniej otrzymać pieniądze. Dzięki przyjaznemu systemowi, usługa ta jest elastyczną formą finansowania – dostosowuje się do aktualnych potrzeb przedsiębiorstwa, pozwalając na korzystanie z udzielonego limitu jedynie w razie potrzeby i często w 100% zapewniając bieżące finansowanie firmy.

Autor: Edyta Oszajca, Kierowniczka zespołu ds. relacji z klientami, BNP Paribas Faktoring.

Cushman & Wakefield: Rynek nieruchomości handlowych ma za sobą stabilny rok

ewaderlatkachilewicz
Jak wynika z raportu firmy doradczej Cushman & Wakefield, ubiegły rok w sektorze nieruchomości handlowych to kontynuacja ofensywy parków handlowych, które odpowiadały za 70% nowej podaży dostarczonej na rynek. Mimo wielu wyzwań związanych z inflacją czy ogólną niepewnością gospodarczą, w Polsce zadebiutowało w tym czasie czternaście nowych marek. Kolejne miesiące mogą jednak przynieść pogorszenie nastrojów konsumentów, co znajdzie odzwierciedlenie w niższym poziomie sprzedaży detalicznej i co za tym idzie – obrotach najemców obiektów handlowych.

Spis treści:
Podaż – dominują parki handlowe
Popyt – do Polski wchodzą nowe marki
Najemcy obiektów handlowych w obliczu wyzwań
Dynamika czynszów w segmencie parków handlowych napędzana przez solidny popyt najemców

2022 rok był czasem wielu konsumenckich wyzwań. Rosnąca z miesiąca na miesiąc inflacja negatywnie wpłynęła na portfele Polaków i niejednokrotnie zmuszała do weryfikacji planów zakupowych. Mimo że ogółem sprzedaż detaliczna wzrosła o 5% r/r, to jednak druga połowa roku stanęła pod znakiem wyraźnego hamowania wydatków. Niestety rok 2023 prawdopodobnie przyniesie kontynuację tego trendu, a co za tym idzie – raczej ujemną dynamikę sprzedaży detalicznej, która może wynieść ok. -5% – tłumaczy Katarzyna Lipka, Dyrektorka Zespołu Doradztwa i Analiz Rynkowych w Cushman & Wakefield.

Zmiany w poziomach sprzedaży różnią się w zależności od kategorii produktowej. W ubiegłym roku największy wzrost sprzedaży detalicznej r/r, bo o 22%, odnotowały podmioty handlujące tekstyliami, odzieżą i obuwiem oraz sklepy z farmaceutykami, kosmetykami i sprzętem ortopedycznym – o 12%. Największych zaś spadków, o 9,6%, doświadczyli dealerzy samochodowi.

Udział e-handlu w sprzedaży detalicznej w 2022 roku oscylował w okolicy 10%. Kategorie handlowe z najwyższym udziałem w e-commerce to sektor mody, multimediów (obejmujący prasę, książki, sprzedaż w sklepach wyspecjalizowanych) oraz meble, jak również RTV i AGD.

Podaż – dominują parki handlowe

W całym 2022 roku na rynek trafiło 400 000 mkw. nowoczesnej powierzchni handlowej, czyli o prawie 95 000 mkw. mniej niż w 2021 roku. Nowa podaż dostarczona w ramach wszystkich formatów objęła 33 nowe obiekty, 12 rozbudów oraz 5 przebudowanych obiektów, które powstały w miejscu zamkniętych centrów handlowych Tesco. Tylko jeden obiekt – centrum handlowe Tesco w Warszawie – został w ubiegłym roku zamknięty.

Ubiegły rok jeszcze bardziej wzmocnił popularność wygodnych i szybkich zakupów. Znalazło to również odzwierciedlenie w nowej powierzchni, która została dostarczona na rynek. 2022 rok ponownie zdominowały małe parki handlowe z 70-procentowym udziałem w nowej podaży. Dużą popularnością wśród deweloperów cieszyły się też nowe magazyny handlowe, które odpowiadały za jedną czwartą nowej powierzchni. W rezultacie całkowita powierzchnia handlowa w Polsce na koniec 2022 roku przekroczyła 15,9 mln mkw. – komentuje Ewa Derlatka-Chilewicz, Ekspertka rynku handlowego w Cushman & Wakefield.

Podobnie jak rok wcześniej, czwarty kwartał był najbardziej intensywnym okresem nowych otwarć – pomiędzy październikiem a grudniem na rynek trafiło ponad 37% podaży. Pierwszy raz od 2019 roku najwięcej powierzchni (32%, czyli ponad 126 tys. mkw.) dotyczyło ośmiu największych aglomeracji, wśród których dominował Kraków, głównie dzięki otwarciu dwóch parków handlowych Atut.

Popyt – do Polski wchodzą nowe marki

W 2022 roku na polskim rynku zadebiutowało czternaście nowych polskich i międzynarodowych marek, o dziewięć mniej niż rok wcześniej. Swoje pierwsze sklepy w Polsce otworzyły, m.in. Haribo, Uniqlo, Lovisa, Mnogoknig, Sportano, Snipes czy drogerie DM.

Jednocześnie osiem sieci postanowiło zrezygnować z działalności w naszym kraju lub zgłosiło wniosek o upadłość. W polskich obiektach handlowych nie znajdziemy już takich sklepów jak Orsay, Uterque, BookBook, Go Sport, Sfera czy Hollister.

Najemcy obiektów handlowych w obliczu wyzwań

Co ciekawe, pogarszające się nastroje konsumenckie nie miały na razie niekorzystnego wpływu na liczbę klientów obiektów handlowych. Odwiedzalność w centrach i parkach handlowych w grudniu 2022 osiągnęła średni miesięczny poziom prawie 510 000 osób na obiekt handlowy. Jest to o wynik o ponad 5% wyższy niż w 2019 roku, mimo coraz bardziej konkurencyjnego rynku, na którym od tego czasu przybyło prawie 800 000 mkw.

Szczególnie dobre wyniki w całym czwartym kwartale odnotowały duże centra handlowe[1], które odwiedziło o 5% więcej klientów niż w przedpandemicznym 2019 roku. Skumulowane dane odwiedzalności za cały 2022 rok wykazują 4-procentowy wzrost w porównaniu do 2019 roku i aż 24-procentowy wzrost w porównaniu do roku 2021 – komentuje Paulina Bauer, Dyrektorka Działu Zarządzania Nieruchomościami Handlowymi, Cushman & Wakefield.

Średni nominalny obrót najemców w nowoczesnych obiektach handlowych w listopadzie 2022 wyniósł 1046 PLN netto na mkw. powierzchni. Mimo że dane o obrotach w centrach handlowych pokazują wyższy o 11% nominalny poziom sprzedaży w listopadzie 2022 roku w porównaniu do roku 2019, to po uwzględnieniu rosnącej inflacji realne obroty były o 6% niższe od wartości z listopada 2019 roku.

Niestety, zmniejszająca się zasobność portfela polskiego konsumenta i pogarszające się nastroje wpłyną negatywnie na plany zakupowe i tym samym na obroty najemców w obiektach handlowych. Zmieni się także struktura wydatków – zmniejszy się ilość pieniędzy wydawanych na dobra i usługi spoza koszyka dóbr podstawowych, np. meble, sprzęt RTV, wyjścia do restauracji, podróże czy abonamenty sportowe – dodaje Paulina Bauer.

Dynamika czynszów w segmencie parków handlowych napędzana przez solidny popyt najemców

W IV kwartale 2022 roku czynsze dla lokali przy głównych ulicach handlowych spadły o 5% r/r, a czynsze za najlepsze lokale w sektorze centrów handlowych nie zmieniły się. Jeśli natomiast chodzi o stawki czynszowe w parkach handlowych, te odnotowały 9-procentowe wzrosty rok do roku. Zgodnie z zapisami umów najmu, na początku 2023 roku nastąpi indeksacja czynszów (o wskaźnik CPI dla umów w PLN i wskaźnik HICP dla umów w EUR), co spowoduje jednorazowy wzrost obciążeń czynszowych denominowanych w EUR o 8-10%.

Źródło: Cushman & Wakefield.

Złoto inwestycyjne pnie się w górę – od 1 stycznia zyskało już 100 USD/oz

michal-teklinski-goldenmark (1)
1 945 USD – na tyle uncję złota wyceniała giełda w minioną środę, a obecnie cena kruszcu jest o 100 dolarów wyższa niż na początku stycznia. Zdaniem analityków, królewski metal przełamuje konsolidację trwającą od 2020 roku i jest jeszcze czas, by „wsiąść do złotego pociągu”.

Spis treści:
Jest jeszcze czas, by wsiąść do „złotego pociągu”
NBP ujawnił, ile ma złota w skarbcu

W poniedziałek 30 stycznia rano uncja złota wyceniana była na 1923 dolarów za uncję, co oznacza, że od pierwszego notowania w 2023 roku cena królewskiego kruszcu wzrosła o równe 100 USD. A od listopada, kiedy kurs wynosił 1 650 USD/oz, złoto zyskało prawie 300 dolarów. To największy, jednorazowy skok od 2020 roku, kiedy na fali pandemii COVID-19, lockdownów i kolejnych obostrzeń złoto zanotowało swoją najwyższą, rekordową cenę w dolarze amerykańskim.

Umacniający się kurs królewskiego metalu to kolejny argument za tym, że rok 2023 będzie dla złota świetnym rokiem, a także – najprawdopodobniej – będzie to pierwszy z kilku naprawdę dobrych lat dla kruszcu. Oczywiście dobry dla tych, którzy na ten kruszec stawiają, albowiem zgodnie z zasadą, że złoto ma się dobrze, gdy wszystko inne ma się źle, w gospodarce i na rynkach finansowych spodziewamy się burzliwych czasów.

Jest jeszcze czas, by wsiąść do „złotego pociągu”

Dla wszystkich, którzy jeszcze nie zdążyli „wsiąść do złotego pociągu” i uważają, że złoto jest drogie, również mamy dobre wieści. W wywiadzie dla KitcoNews Carley Garner, współzałożycielka domu maklerskiego DeCarley Trading powiedziała, że złoto przebije w tym roku 2 100 USD, a kolejnym punktem oporu będzie poziom 2 600 USD, co stanowiłoby przedłużenie długoterminowej linii trendu z 2016 roku. Jednak cena złota nie osiągnie takiego poziomu z dnia na dzień. Garner powiedziała, że byłaby zaskoczona, gdyby złoto nie odnotowało w tym czasie żadnej korekty.

Podobnie uważa Peter Schiff, prezes Euro Pacific Capital. Wyraził on przekonanie, że ostatnie wzrosty, jak i liczne przesłanki fundamentalne (inflacja, recesja) świadczą o tym, że złoto przełamuje właśnie konsolidację, w której trwa od dwóch lat i rok 2023 będzie mocno wzrostowy, jednak niepozbawiony krótkoterminowych fluktuacji – wszak wejście na szczyt wymaga chwili oddechu.

NBP ujawnił, ile ma złota w skarbcu

Jak poinformował Narodowy Banki Polski, mamy 228 ton kruszcu, którego wartość na dziś wynosi 58 mld złotych, z czego 125,7 ton zostało zakupione w latach 2018-2019. Dzięki różnicom kursowym Polska „zyskała” w 2022 roku 4,5 mld złotych, co jest bardzo dobrą wiadomością. Gorszą są niezrealizowane zapowiedzi prezesa NBP, który w październiku 2021 roku, gdy został wybrany na kolejną kadencję, zapowiadał, że zamierza kupić kolejne 100 ton złota.

W trzeciej dekadzie 2022 banki centralne na całym świecie kupiły rekordową ilość 399,3 ton złota. Polska ze swoimi rezerwami znajduje się obecnie na 24. miejscu. Wyprzedza nas Tajlandia z rezerwami na poziomie 244,2 ton oraz Austria z 280 tonami złota. W czołówce od lat znajdują się Stany Zjednoczone z oficjalnymi rezerwami w wysokości 8 133,5 ton oraz Niemcy. Nasi zachodni sąsiedzi w swoich skarbcach przetrzymują 3 355,1 ton złota.

Autor: Michał Tekliński, dyrektor ds. rynków międzynarodowych w Grupie Goldenmark.

W co i w jaki sposób inwestować w czasie wysokiej inflacji?

Grzegorz Mizerski zdjęcie
„Mnożnik kreacji pieniądza”- tak nazywany jest mechanizm, który dzięki kredytom i lokatom pozwala bankom na rozmnażanie pieniędzy. Banki tworzą je de facto z powietrza (łac. ex nihilo) bo z każdej lokaty muszą zatrzymywać w Narodowym Banku Polskim tylko drobny jej ułamek (3,5%).

Spis treści:
Kto jest winien wysokiej inflacji i jak sobie z nią radzić?
W inwestować w czasie inflacji?
Dekalog Inwestora!

Całą resztę (96,5%) mogą wprowadzić na rynek poprzez udzielanie kredytów. Niestety inflacja działa tak, że im bardziej ludzie potrzebują pieniędzy, im więcej kredytów wezmą, nie zakładając lokat, tym więcej pieniędzy zostanie wprowadzonych na rynek tworząc nadmierną podaż pieniędzy. Przy jednoczesnym , nieproporcjonalnym wzroście masy produktów i usług tworzy się nierównowaga pomiędzy zwiększoną podażą pieniądza a niższym popytem na ten pieniądz (dużo więcej pieniędzy niż produktów i usług). W efekcie pieniądze tracą swą wartość, a ceny są coraz wyższe. To w głównej mierze jest powodem tworzenia się inflacji – największego, bezkarnego złodzieja naszych oszczędności. Jak można sobie poradzić z inflacją – jak rozumieć wartość
pieniądza i jak inwestować w tym okresie? O tym opowie specjalista – dr Grzegorz Mizerski, CEO i co-founder Grupy Crowder, ekspert ds. innowacyjnego inwestowania w nieruchomości, autor pierwszego w Polsce bezpłatnego poradnika w formie e-booka o inwestowaniu w czasach wysokiej inflacji : “Poradnik Rozważnego Inwestora” (www.rozwaznyinwestor.pl).

Kto jest winien wysokiej inflacji i jak sobie z nią radzić?
W czasie pandemii szczególnie narastało zjawisko przybywania pieniądza szybciej, niż realnie istniejących dóbr. Poprzez zmniejszoną ilość dostępnych towarów i usług, a przy większej ilości oferowanego pieniądza, ceny zaczęły drastycznie wzrastać.
Istnieją czynniki niezależne od działalności państwa: wojna na Ukrainie lub kryzys energetyczny w Unii Europejskiej, które również wpływają na podwyższenie cen, ale te czynniki zewnętrzne tylko w połowie wpływają na bardzo wysoką inflację w Polsce– najwyższą od 25 lat.
Jak można radzić sobie z inflacją? Nie warto przetrzymywać swych pieniędzy na lokatach, ponieważ zysk oferowany przez bank za powierzenie mu swoich pieniędzy w żaden sposób procentowo nie jest nawet zbliżony do wysokości obecnej inflacji. Korzystanie z lokat przy tak wysokim wskaźniku wzrostu cen, zwyczajnie obniża wartość pieniądza. Warto również pamiętać, aby nie inwestować np. w tzw.
“Parszywą Ósemkę”: Tak nazwałem grupę ośmiu instrumentów, w których inwestowanie w czasach wysokiej inflacji jest bardzo ryzykowne i z wysokim prawdopodobieństwem skończy się stratą. Są to np. inwestycje w apart hotele czy condo-hotele, emocjonalne aktywa alternatywne (np. w wina, w sztukę, stare auta), akcje spółek technologicznych typu growth, w jednostki funduszy z wysokimi opłatami za zarządzanie czy obligacje korporacyjne słabych spółek – wyjaśnia dr Grzegorz Mizerski, autor ebooka: “Poradnik Rozważnego Inwestora” (www.rozwaznyinwestor.pl).

W inwestować w czasie inflacji?
Polecam Solidną dziesiątkę. To grupa dziesięciu instrumentów, które są godne pochylenia się nad nimi. Do najważniejszych zaliczam obligacje skarbowe indeksowane wskaźnikiem inflacji, aktywa przynoszące stały dochód np. nieruchomości komercyjne, akcje REIT-ów zagranicznych, akcje polskich spółek typu value, które wypłacają stałe dywidendy. Dla zaawansowanych inwestorów poleciłbym natomiast amerykańskie spółki typu value – które wypłacają dywidendy np. z grupy tzw. Arystokratów Dywidendy. To spółki, które wypłacają dywidendy nieprzerwanie przez kilkadziesiąt lat (np. Coca- Cola). Do rozważenia jest jeszcze inwestowanie w metale szlachetne,
akcje polskich spółek – producentów żywności oraz roczne pożyczki crowdlendingowe
zabezpieczone hipotekami, które ostatnio pojawiły się na rynku, – radzi dr Grzegorz Mizerski, CEO Grupy Crowder.

Dekalog Inwestora!
Są trzy główne wymiary, na podstawie których ocenić można każdą inwestycję: zyskowność, płynność i bezpieczeństwo. Warto pamiętać, iż nie istnieje Święty Graal Inwestycji, który miałby być jedynym, niezawodnym instrumentem lub sposobem i być zarówno bardzo bezpieczny, zyskowny i płynny. Lokata bankowa, jest co prawda bardzo bezpieczna, ale za to mało zyskowna i średnio-płynna.
Podobnie obligacje skarbowe indeksowane wskaźnikiem inflacji: są co prawda bardziej zyskowne niż lokaty bankowe, ale mniej płynne niż one. Z kolei dzieła sztuki – nie są ani płynne, zyskowne tylko niektóre no i nie zawsze bezpieczne bo przecież możemy trafić na kopię. Mówiąc o dekalogu: musimy pamiętać, że nie ma zysku bez ryzyka. Inwestowanie zawsze wiąże się z ryzykiem straty – nawet całości zainwestowanej kwoty. Warto też pamiętać o inwestowaniu tylko takich kwot, które można
stracić. Trzeba też pamiętać o grzechach głównych inwestora np. chciwości, czy braku pokory – tłumaczy dr Grzegorz Mizerski (www.rozwaznyinwestor.pl).
Nie wszystkie i nie zawsze, ale nieruchomości to dobra klasa aktywów przynosząca zyski w czasach wysokiej inflacji. Zysk z najmu mieszkania czy z wynajmu nieruchomośći komercyjnej w dzisiejszych czasach może być zadowalający pod warunkiem indeksowania kwoty najmu wskaźnikiem inflacji (CPI).
Poza tym zawsze warto inwestować w obligacje skarbowe indeksowane inflacją oraz w akcje REIT-ów zagranicznych, szczególnie amerykański. Wbrew powszechnym mitom np. złoto przy tak wysokiej inflacji, a po odjęciu jej wpływu – realnie nie przynosi zadowalających zysków.

Źródło: Grupa Crowder.

Czterodniowy tydzień pracy alternatywą dla pracy zdalnej?

ADP1
Czy czterodniowy tydzień pracy może być alternatywą dla pracy zdalnej? Nie wszystkie branże ze względu na charakter działalności są w stanie wprowadzić pracę zdalną lub hybrydową. Pracodawcy działający w tych sektorach muszą zatem poszukiwać atrakcyjnych benefitów pracowniczych, które mogłyby zrównoważyć tę niedogodność. Jednym z nich może być czterodniowy tydzień pracy, na który zgodnie z danymi raportu ADP „People at Work 2022: A Global Workforce View” zdecydowałby się co czwarty Polak (25,71 proc.).

Spis treści:
Nowy benefit: cztery dni zamiast pracy zdalnej
Młodzi widzą korzyści krótszego tygodnia pracy

Nowy benefit: cztery dni zamiast pracy zdalnej

Zgodnie z tegorocznym wydaniem raportu ADP „People at Work 2022: A Global Workforce View”, najbardziej w trybie czterodniowego tygodnia pracy chcieliby pracować przedstawiciele sektora mediów i informacji, gdzie taką opcję wybiera niemal połowa badanych (46,67 proc.). Natomiast w branżach, w których wdrożenie pracy zdalnej często jest trudne lub niemożliwe, odsetek pracowników chcących pracować cztery dni w tygodniu oscyluje między 20 a 30 proc. Dla przykładu, w logistyce 25 proc. pracowników wyraża zainteresowanie krótszym tygodniem pracy. Podobną liczbę zwolenników tego modelu odnotowano w branży gastronomicznej i hotelarskiej (26 proc.) oraz budowlanej (22 proc.).

– Niektóre branże, takie jak TSL, gastronomiczna czy budowalna, ze względu na charakter swojej działalności często nie są w stanie wdrożyć zdalnego trybu pracy. Co więcej, wszystkie te obszary gospodarki mierzą się ze znacznym niedoborem pracowników. Aby zachęcić młodych ludzi do pracy, należy przedstawić im atrakcyjną i konkurencyjną ofertę. Może nią być czterodniowy tydzień pracy – mówi Anna Barbachowska, Dyrektorka HR w ADP Polska. – Zanim jednak pracodawcy zdecydują się na ten benefit muszą w porozumieniu z pracownikami dokładnie opracować zasady, na jakich zostanie wdrożony i zmierzyć się z obawami pracowników np. dot. utraty części wynagrodzenia – dodaje.

– Prawdopodobnie większość z nas doświadczyła nieprzyjemnych emocji, gdy uświadomiliśmy sobie, że na następny dzień trzeba pójść do pracy. Warto zwrócić uwagę, że motywacja do wykonania pracy zmniejsza się również tego samego dnia, zazwyczaj dzieje się to po około 4 godzinie. Jednocześnie, gdy czas przeznaczony na wypoczynek jest zbyt krótki, to nasz organizm nie jest w stanie się właściwe zregenerować, co także wpływa na obniżenie naszej wydajności – komentuje Damian Kasza, psycholog MindHealth Centrum Zdrowia Psychicznego. – Pamiętać należy, że istnieją obawy przed wprowadzeniem 4-dniowego tygodnia pracy. Pracownik może bać się pogorszenia warunków finansowych. W wielu branżach, w tym budowlanej i gastronomi, częstym zjawiskiem są nadgodziny. Ciężko wyobrazić sobie 4-dniowy tydzień pracy, gdzie pozostałe dwa lub trzy dni pracownik przychodzi na nadgodziny, lub dorabia w innym miejscu, aby zapewnić sobie możliwość przetrwania – dodaje psycholog.

Młodzi widzą korzyści krótszego tygodnia pracy

Jak wynika z danych z raportu ADP „People at Work 2022: A Global Workforce View”, najchętniej na pracę w czterodniowym tygodniu pracy zdecydowałaby się osoby w wieku 18-24 lat (30,09 proc.). Grono zainteresowanych tą formą pracy maleje jednak wraz z wiekiem. Niespełna tylko 17 proc. pracowników powyżej 55 lat skorzystałoby z takiej możliwości.

– Przedstawiciele Pokolenia Z stawiają na elastyczność i zachowywanie work-life balance, dlatego oni są najbardziej otwarci na nowe modele pracy. Na drugim biegunie mamy natomiast pracownik ów wychowanych w tzw. kulturze pracy, którzy skrócenie czasu pracy traktują jako pierwszy krok do możliwego zwolnienia – mówi Anna Barbachowska, Dyrektorka HR w ADP Polska. – Co ważne jednak, w wielu krajach już teraz działają programy pilotażowe tego modelu pracy. Co możemy uznać za swego rodzaju naturalną ewolucję systemu pracy na świecie, której efekty są coraz bardziej dostępne dla społeczeństwa. W japońskim oddziale firmy Microsoft, po wprowadzeniu czterodniowego tygodnia pracy, efektywność wzrosła o 40 proc., natomiast według programu pilotażowego przeprowadzonego w Wielkiej Brytanii przy udziale naukowców i think-tanków, cztery dni pracy sprawiają, że pracownicy są szczęśliwsi, rzadziej chorują i odczuwają mniej syndromów wypalenia zawodowego – dodaje ekspertka.

Jak wynika z badania pilotażowego czterodniowego tygodnia pracy przeprowadzonego w 2022 r. przez Boston College, University College Dublin oraz Cambridge University wśród 1000 pracowników, średnie przychody w 33 firmach zaangażowanych w projekt wzrosły o 38 proc. w porównaniu z rokiem poprzednim. W czasie testowania tego modelu pracy spadła również absencja pracowników – z 0,6 dnia w miesiącu do 0,4. Na zmianach skorzystali również pracownicy. Dzięki większej liczbie dni wolnych od pracy, poświęcali oni więcej czasu na aktywność fizyczną – średnio o 24 minuty więcej w tygodniu. Po 10-miesięcznym okresie badania, wszystkie 33 firmy zadeklarowały, że nie zamierzają wrócić do pięciodniowego tygodnia pracy.

Źródło: ADP.

Eksperci o cenach transferowych: Podatnicy często nie dopełniają podstawowych obowiązków

urzad-skarbowy
Jak alarmują eksperci, część podatników wciąż nie dopełnia obowiązku sporządzania dokumentacji cen transferowych, bo często nie wie, że ma taki obowiązek. Ponadto nie weryfikują oni stosowanych cen w transakcjach z podmiotami powiązanymi. Podatnicy popełniają też wiele innych błędów. Czasem dochodzą do tego problemy z ustaleniem, czy transakcja jest jednorodna. Niekiedy kłopotliwe okazuje się także obowiązkowe składanie informacji o cenach transferowych TPR. Jednocześnie ostrzegają, że wysokość dodatkowego zobowiązania może wynieść 10% sumy nienależnie wykazanej lub zawyżonej straty podatkowej i niewykazanego w całości lub w części dochodu do opodatkowania w zakresie wynikającym z wydanej przez urząd decyzji. Kwota ta może zostać podwojona lub potrojona, zaś grzywna za błędy i zaniechania może wynieść od blisko 28 tys. do nawet 33 mln zł.

Spis treści:
Lista błędów
Ustalanie transakcji
Obowiązek informacyjny

Lista błędów

Podatnicy wciąż popełniają istotne błędy związane z dokumentacją cen transferowych. Doradca podatkowy Natalia Stoch-Mika informuje, że do kancelarii w całej Polsce wciąż zgłaszają się klienci, którzy dotychczas nie sporządzali dokumentacji local file, choć mieli taki obowiązek. Ekspert zaznacza, że niewywiązanie się z obowiązków dokumentacyjnych może skutkować karą w postaci dodatkowego zobowiązania podatkowego. Może ona wynieść od 10% do nawet 30% od wykazanej lub zawyżonej straty na skutek stosowania nieprawidłowych cen transferowych oraz odsetek. Poza sankcją podatkową, za niedopełnienie obowiązków sporządzenia dokumentacji cen transferowych w ogóle lub w ustawowym terminie bądź sporządzenie jej niezgodnie ze stanem rzeczywistym, grozi kara od 240 do 720 stawek dziennych grzywny. Ich wysokość zależy od minimalnego wynagrodzenia w danym roku, a więc może wynieść od nieco ponad 116 zł do ponad 46 tys. zł. Jeśli to przemnożymy przez liczbę stawek dziennych, wskazanych w przepisach, daje nam kwoty od ok. 28 tys. zł do nawet 33,5 mln zł.

– Jeśli podatnik realizuje wiele różnych transakcji z podmiotami powiązanymi, to lokalna dokumentacja cen transferowych jest wymagająca. Potrzeba czasu na zebranie i sprawdzenie wszystkich niezbędnych danych oraz przygotowanie analizy cen transferowych. Ta ostatnia część pracy jest najbardziej wymagająca. Może mieć formę analizy porównawczej lub analizy zgodności. Jednak należycie przygotowana dokumentacja lokalna stanowi dobrą podstawę do sporządzenia informacji TPR – komentuje doradca podatkowy Małgorzata Ostrowska-Krzewina.

Jak zaznacza doradca podatkowy Ewa Flor, można wskazać kilka błędów popełnianych przez podatników. Wśród nich jest składanie informacji TPR za pozostałe podmioty z grupy czy za zagraniczne podmioty powiązane z grupy. Podatnicy często wychodzą z błędnego założenia, że informację TPR powinno się złożyć odrębnie dla każdej transakcji podlegającej raportowaniu. Ekspert podkreśla, że niewłaściwe jest również niewykazywanie transakcji, które zostały zawarte w latach wcześniejszych, a w roku bieżącym są kontynuowane, np. umowa pożyczki.

– Wiele zależy od poziomu zaawansowania podatnika. Jeśli nigdy nie sporządzał dokumentacji cen transferowych, to przygotowanie dokumentu local file wraz z analizą porównawczą oraz deklaracją TPR będzie trudne. Duże firmy, pomimo znacznie szerszego obowiązku, zazwyczaj korzystają z usług profesjonalistów, czyli wyspecjalizowanych doradców podatkowych – podkreśla Natalia Stoch-Mika.

Ustalanie transakcji

Obowiązkiem sporządzenia dokumentacji cen transferowych w Polsce dla transakcji pomiędzy podmiotami powiązanymi objęci są podatnicy, których takie transakcje o charakterze jednorodnym przekraczają roczną wartość 2 mln złotych lub 10 mln złotych (w zależności od typu transakcji). Jak podkreśla Natalia Stoch-Mika, ustalenie, czy transakcja jest jednorodna, według przepisów ustaw o podatkach dochodowych, może w niektórych sytuacjach sprawiać podatnikom trudności. Nie ma bowiem jednej definicji transakcji jednorodnej. Według eksperta, trudno jednoznacznie ocenić, czy to dobrze czy źle, że nie istnieje. Zawężenie określenia mogłoby zdecydowanie bardziej utrudnić wytypowanie przez podatników transakcji podlegających dokumentacji.

– Zasadniczo grupy transakcji „towarowa, finansowa, usługowa oraz inna” są dość ogólne. Jednak najczęściej można daną transakcję przypisać do jednej z ww. grup. Ale pojawiają się wątpliwości, czy np. sprzedaż środków trwałych należy zakwalifikować do transakcji „towarowej” czy też do „innej”. A w zależności od tej klasyfikacji obowiązuje inny próg dokumentacyjny – 2 mln lub 10 mln złotych – mówi Małgorzata Ostrowska-Krzewina.

Do tego Ewa Flor zaznacza, że w praktyce istnieją wątpliwości interpretacyjne dotyczące ustalenia, jaką czynność należy uznać za transakcję kontrolowaną. Mając to na uwadze, Ministerstwo Finansów włączyło ww. kwestię w prace Forum Cen Transferowych. Ono stanowi platformę współpracy i wymiany poglądów pomiędzy administracją podatkową a podatnikami w powyższym zakresie.

– Dzięki Forum Cen Transferowych, wiele niejasności zostaje na bieżąco doprecyzowanych przez ekspertów z tej dziedziny. Natomiast ustalanie transakcji jako jednorodnej wymaga od podatnika pewnej skrupulatności i ostrożności, ale też rozsądku. Trudno bowiem byłoby traktować transakcję realizacji usług na rzecz podmiotów powiązanych jako kilka lub kilkanaście różnych transakcji tylko dlatego, że w ramach realizowanej transakcji usługi mogą nieco się różnić. Organy podatkowe i sami podatnicy powinni zatem zawsze dokonywać indywidualnej oceny danej transakcji, uwzględniając wszelkie jej elementy, patrząc na warunki transakcji i podobieństwo istotnych cech charakterystycznych – dodaje Stoch-Mika.

Jak informuje Małgorzata Ostrowska-Krzewina, częstym błędem jest traktowanie progu dokumentacyjnego jako obowiązującego dla transakcji jednorodnej z danym podmiotem powiązanym, podczas gdy próg dotyczy transakcji jednorodnej ze wszystkimi podmiotami powiązanymi. Może się zdarzyć, że podmiot powiązany realizuje transakcję o charakterze jednorodnym (np. sprzedaż wyrobów gotowych wytworzonych we własnym procesie produkcyjnym) z kilkoma firmami powiązanymi. Obrót z danym podmiotem nie przekracza 10 mln zł w danym roku, ale suma obrotów ze wszystkimi podmiotami przekracza ten próg. W takiej sytuacji podatnik jest zobowiązany do sporządzenia dokumentacji cen transferowych, mimo że obroty jednostkowe nie przekraczają progu.

Obowiązek informacyjny

– Podatnicy zobowiązani do sporządzenia dokumentacji cen transferowych mają również obowiązek złożyć Szefowi KAS informację o cenach transferowych TPR. To podsumowanie kluczowych danych na temat transakcji zrealizowanych z podmiotami powiązanymi. Należy wskazać m.in. metodę weryfikacji ceny, rodzaj porównania, a także efekty tego porównania. Z TPR można łatwo wywnioskować, czy transakcja z podmiotem powiązanym została zrealizowana na warunkach rynkowych. Dane zawarte w TPR powinny być odzwierciedleniem informacji zawartych w dokumentacji cen transferowych. Błędem, który pojawia się niekiedy w składanych deklaracjach, jest ich niezgodność z tym, co podatnik przedstawił w dokumentacji cen transferowych – zaznacza Ostrowska-Krzewina.

Według Ewy Flor, najistotniejszym błędem, skutkującym nieprawidłowościami w raportowaniu dotyczącym cen transferowych, jest niewłaściwa klasyfikacja podmiotów jako podmioty powiązane. Do najczęstszych przyczyn nierozpoznania należy brak wiedzy dotyczącej powiązań np. rodzinnych czy w zakresie wpływania na kluczowe decyzje podejmowane przez osobę prawną lub jednostkę organizacyjną nieposiadającą osobowości prawnej.

– W deklaracji TPR nie ma już za bardzo pola do popełniania większych błędów. Jeśli podatnik prawidłowo sporządzi dokumentację podatkową i analizę porównawczą, to nie powinien mieć problemu z wypełnieniem deklaracji TPR. Podstawowym problemem może być jednak brak świadomości w zakresie obowiązku złożenia tej deklaracji. Nawet jeśli podatnicy nie są zobowiązani do sporządzenia dokumentacji podatkowej, z uwagi na skorzystanie ze zwolnienia na podstawie art. 11n ustawy o CIT, to mają obowiązek złożenia uproszczonej wersji tego dokumentu – informuje Natalia Stoch-Mika.

Zdarza się, że podatnik dopiero po czasie uświadamia sobie, że nie wykazał transakcji, co do której miał taki obowiązek. Jak podkreśla Ewa Flor, w takiej sytuacji należy jak najszybciej to zrobić, tj. przekazać Informację TPR do Szefa KAS. Jednocześnie, na podstawie kodeksu karnego skarbowego, wówczas można skorzystać z uprawnienia do złożenia tzw. czynnego żalu. W celu zadbania o jego skuteczność trzeba m.in. podać istotne okoliczności popełnienia czynu zabronionego.

 

Źródło: MondayNews Polska Sp. z o.o. 

Deweloperzy świadomi możliwych podwyżek cen za materiały, o kredyty hipoteczne ciężko

adeolu-eletu-38649-unsplash
Kończący się 2022 rok nie był łatwym rokiem dla kredytobiorców. 11 podwyżek stóp procentowych na przestrzeni roku[1], a także galopująca inflacja, która doszła już do poziomu 17,9% zdecydowanie pogorszyły sytuację finansową Polaków. Spadek siły nabywczej przełożył się na ograniczony dostęp do kredytów mieszkaniowych. Wprowadzenie przez banki nowych zasad wyliczania zdolności kredytowej narzuconych przez KNF również uniemożliwiło wielu osobom realizacji marzenia o posiadaniu własnego M. „Nowa” polityka banków i podwyżki, które dotknęły kredytobiorców, zaczęły wpływać negatywnie na branżę budowlaną – to system naczyń połączonych.

Spis treści:
Tak drogo jeszcze nie było – na przestrzeni roku RPP podniosła stopy procentowe już 11 razy
Zmiany w sposobie wyliczania zdolności kredytowej zatrzymały Polaków na drodze do sięgnięcia po kredyt
Czy inflacja wpłynęła na zdolność kredytową i stała się kolejnym problemem kredytobiorcy?
Na ratunek branży budowlanej?

Deweloperzy coraz głośniej mówią o tym, że jeżeli będą ich czekać kolejne podwyżki materiałów budowlanych i kredyty hipotecznie nie staną się bardziej dostępne dla „Kowalskiego”, branżę czeka kryzys, który tylko pogłębi impas związany ze zbyt małą liczbą mieszkań występujący w naszym kraju. 7 listopada dziesięć organizacji z branży budowlanej i działających na rynku mieszkaniowym wystosowało wspólny apel, w którym proponują rządowi pięć pomysłów na uzdrowienie sytuacji występującej na rynku nieruchomości i sektorze budownictwa.

Tak drogo jeszcze nie było – na przestrzeni roku RPP podniosła stopy procentowe już 11 razy

Do jesieni 2021 r. mieliśmy do czynienia ze stosunkowo tanimi kredytami hipotecznymi, a to za sprawą rekordowo niskich stóp procentowych. Wszystko zmieniło się we wrześniu ubiegłego roku, gdy Rada Polityki Pieniężnej zdecydowała o podniesieniu stóp procentowych. Celem była walka z rosnącą w szybkim tempie inflacją – podnoszenie stóp procentowych miało za zadanie wyhamować wzrost cen.

Przez długi okres stopa referencyjna utrzymywała się na poziomie 1,5%, pandemia Covid-19 spowodowała, że była ona nawet niższa, dochodząc nawet do 0,1%. Ten poziom był wynikiem kryzysu gospodarczego, powiązanego z pandemią i jej „konsekwencjami”, m.in. spadkiem popytu na niektóre usługi. Podwyżki stopy referencyjnej, która w dużej mierze odpowiada za wysokość spłacanej co miesiąc raty przed kredytobiorcę, a więc odpowiada pośrednio za koszt kredytu, zaczęły się w październiku ubiegłego roku z poziomu 0,1% na 0,5%, miały miejsc regularne i w styczniu 2022 r. stopa referencyjna wynosiła już 2,25%, a w maju – 5,25%. W sumie wysokość stóp procentowych była zmieniania na niekorzyść kredytobiorców 11 razy. W listopadzie Rada Polityki Pieniężnej ustaliła, że stopy procentowe pozostaną na tym samym poziomie co we wrześniu (6,75%), zaznaczając jednak, że dalsze decyzje Rady w tym przypadku będą uzależnione od dalszych wydarzeń geopolitycznych (m.in. chodzi o wpływ na gospodarkę wojny w Ukrainie) i sytuacji makroekonomicznej w naszym kraju.

W celu zobrazowania, jak bolesny dla konsumentów był wzrost rat kredytu hipotecznego, weźmy pod uwagę na przykład lipiec tego roku, gdy stopa procentowa wynosiła 6,5%. Rata kredytu hipotecznego na 400 tys. zł, w zależności od okresu kredytowania czy wysokości marży mogła powiększyć się nawet dwukrotnie: z 1785 do 3593 zł[2]. Dziś przy wyższej stopie procentowej wynoszącej 6,75% kwota ta wzrosłaby jeszcze bardziej. Spłata kredytu hipotecznego stała się wyzwaniem dla wielu kredytobiorców, bo ich budżety domowe nie były gotowe na takie podwyżki. Podwyżki stóp procentowych wpływające na wysokość raty, wpłynęły negatywnie na zdolność kredytową potencjalnych kredytobiorców.

Zmiany w sposobie wyliczania zdolności kredytowej zatrzymały Polaków na drodze do sięgnięcia po kredyt

Podwyżki stóp procentowych to nie wszystkie „problemy”, z którymi musieli mierzyć się kredytobiorcy w 2022 r. Wielu osobom na drodze do realizacji marzenia o posiadaniu własnych czterech kątów stanęła rekomendacja Komisji Nadzoru Finansowego, która zmieniła zasady wyliczania zdolności kredytowej. Banki miały czas na wprowadzenie zmian do końca marca 2022 roku. Główna i najważniejsza zmiana dotyczyła tego, że przy wyliczaniu zdolności kredytowej klientów, banki muszą brać pod uwagę zmianę poziomu stopy procentowej o nie mniej niż 5 pp., a nie jak wcześniej 2,5 pp. Dodatkowo, podczas procesu analizowania zdolności kredytowej mają przyjmować wyższe koszty utrzymania gospodarstwa domowego, niż wcześniej.

Nowelizacja zasad była naturalną konsekwencją kilkukrotnego podniesienia stóp procentowych w całym 2022 r. Głównym celem wprowadzenia rekomendacji przez KNF było poprawienie poziomu bezpieczeństwa udzielania kredytów mieszkaniowych. Rekomendacja KNF ma chronić konsumentów – dzięki bardziej rygorystycznej polityce przyznawania kredytów przez banki, zmniejsza się ryzyko, że kredytobiorcy nie wezmą na siebie zobowiązania, którego nie będą w stanie spłacić, a także banki – ograniczone zostaje ryzyko, że kredyt zostanie przyznany osobom, które nie będą w stanie go spłacać już od samego początku. Nie da się jednak ukryć, że wprowadzone zmiany dodatkowo ograniczyły dostępność kredytów mieszkaniowych.

– W tym roku doszło do gwałtownego ograniczenia dostępności kredytów hipotecznych. Wprowadzenie w życie rekomendacji Komisji Nadzoru Finansowego zbiegło się ze wzrostem stóp procentowych. W rezultacie wartość kredytów hipotecznych udzielonych w całej Polsce w październiku br. była aż o 74% niższa niż przed rokiem[3]. To efekt m. in. tego, że osoby o przeciętnych i niższych dochodach mają niewielką szansę na uzyskanie kredytu hipotecznego. Tym samy są zmuszeni odłożyć marzenie o własnym domu czy mieszkaniu – tłumaczy Adrian Jarosz, Prezes Zarządu Expander Advisors, Prezes Zarządu ZFPF.

Czy inflacja wpłynęła na zdolność kredytową i stała się kolejnym problemem kredytobiorcy?

Sytuację potencjalnych kredytobiorców, a także osób, które spłacają już zobowiązanie (w najgorszej sytuacji są ci, którzy zdecydowali się na kredyt ze zmiennym oprocentowaniem) skomplikowała także inflacja. W tym roku mieliśmy do czynienia ze wzrostem cen, których nie obserwowaliśmy od przeszło dwóch dekad. W październiku tego roku 2022 inflacja w Polsce wyniosła 17,9%.

W jaki sposób inflacja wpływa negatywnie na sytuację potencjalnych kredytobiorców? Mechanizm jest prosty. Podwyżki cen i wyższe koszty życia zmniejszyły siłę nabywczą Polaków. Jeśli wynagrodzenie rośnie w wolniejszym tempie niż rachunki to, zostaje nam mniej pieniędzy w portfelu. To z kolei pogarsza zdolność kredytową. W rezultacie wielu konsumentów nie spełnia kryteriów banków dotyczących przyznawania kredytów hipotecznych, które, jak wspomniano, w 2022 r. zostały dodatkowo zaostrzone.  Ale „prawdziwe” problemy mają te osoby, które spłacają kolejne raty kredytu. Już przy wzroście stóp procentowych było to niemałym wyzwaniem, a galopująca inflacja sprawiła, że wiele osób rezygnuje świadomie z zapłaty mniej priorytetowych rachunków na rzecz terminowej spłaty kredytu.

Inflacja wpłynęła również na branżę budowlaną. Według analizy przeprowadzonej przez Grupę PSB – ceny materiałów budowalnych w październiku 2022 r. wzrosły średnio o 22%, porównując z analogicznym okresem w 2021 r. Przyczyny upatruje się we wzroście kosztów energii i transportu, które dotykają coraz więcej sektorów i branż. Wzrost cen materiałów budowlanych wpłynie na wzrost cen nowych nieruchomości. Jeżeli istotne podwyżki będą mieć miejsce w kolejnych miesiącach, spadnie popyt na mieszkania od deweloperów. A należy pamiętać, że i tak on został zachwiany z powodu, ograniczenia dostępności kredytów hipotecznych. Z danych BIK wynika, że we wrześniu liczba wypłaconych kredytów hipotecznych spadła o 70% w stosunku do poprzedniego roku[4]. Nieustanie duża grupa Polaków jest zainteresowania sfinansowanie zakupu mieszkania właśnie poprzez kredyt. Aby przystosować się do nowych warunków, deweloperzy ograniczą liczbę inwestycji. Już teraz spadek licznie powstających nowych mieszkań jest zauważalny. Uderza on w osoby, które stać na zakup nowego lokum (czy to na kredyt, czy za gotówkę).

Branża budowlana coraz głośniej mówi o tym, że jeżeli zła sytuacja na rynku będzie utrzymywać się w przyszłym roku, firmy będą musiały podjąć kolejne kroki. W grę wchodzą zwolnienia pracowników, a nawet w niektórych przypadkach upadłość.

Na ratunek branży budowlanej? 

Związek Firm Pośrednictwa Finansowego wraz z najważniejszymi organizacjami działającymi na rynku mieszkaniowym i w branży budowalnej[5] wystosowali apel, w którym podpowiadają rządowi jak poprawić sytuację na rynku mieszkaniowym i wyhamować proces stopniowego ograniczania produkcji i zatrudnienia pracowników w sektorze budownictwa.

Wśród pięciu przedstawionych punktów, dwa są związane bezpośrednio z sytuacją konsumentów – wsparcie konsumentów w tym, aby mieli większe szanse na uzyskanie kredytu hipotecznego, poprawi kondycję branży budowlanej. Jednym z nich jest apel o pomoc dla młodych rodziców, wzorem obowiązujących w przeszłości programów „Rodzina na Swoim”, czy „Mieszkanie dla Młodych”. Sygnatariusze uważają, że podjęcie działań ułatwiających nabycie mieszkań młodym rodzinom jest niezbędne dla „uzdrowienia” rynku mieszkaniowego. Zaproponowano także wprowadzenie kredytów o stałej (np. 2%) stopie procentowej. Drugim punktem jest złagodzenie rekomendacji KNF przy udzielaniu kredytów hipotecznych ze stałą stopą procentową. Organizacje proponują odstąpienie od zalecenia KNF, dla dobra zarówno konsumentów, jak i usługodawców, tłumacząc, że decyzja, aby w procesie oceny zdolności kredytowej wszystkie banki przyjmowały minimalną zmianę poziomu stopy procentowej o 5 p.p., została wprowadzona zbyt późno tj. wtedy, gdy stopy procentowe znajdowały się już na historycznie wysokim poziomie. W ich rozumieniu niezrozumiała jest także decyzja o doliczaniu wskazanego współczynnika, zakładającego wzrost stóp procentowych, do kredytów z okresową stałą stopą.

– Wprowadzenie preferencyjnego kredytu o obniżonym oprocentowaniu i złagodzenie rekomendacji KNF przy udzielaniu kredytów hipotecznych ze stałą procentową, to kluczowe działania, które należy podjąć, by przywrócić możliwość nabycia pierwszego w życiu mieszkania. Obecnie młodzi są zmuszeni mieszkać z rodzicami i odkładać decyzję np. o powiększeniu rodziny. Postulujemy znaczące złagodzenie zalecenia KNF, aby w procesie oceny zdolności kredytowej banki przyjmowały tym mniejszy bufor, im dłuższy jest okres obowiązywania stałego oprocentowania – komentuje Adrian Jarosz, Prezes Zarządu Expander Advisors, Prezes Zarządu ZFPF.

 

[1] Licząc od października 2021.
[2] Kredyt na 25 lat, marża 2,2 proc., WIBOR 6M. Wyliczenia własne po podwyżce stóp procentowych z lipca 2022 r.
[3] Newsletter kredytowy BIK – listopad 2022.
[4] Dane o sprzedaży kredytów w Polsce. Newsletter kredytowy BIK – 3 kw. 2022 r.
[5] APPLiA Polska, związek producentów AGD, Hutnicza Izba Przemysłowo Handlowa, Ogólnopolska Izba Gospodarcza Producentów Mebli, Polska Izba Gospodarcza Przemysłu Drzewnego, Polskie Stowarzyszenie Dekarzy, Polska Unia Ceramiczna, Polski Związek Firm Deweloperskich, Stowarzyszenie Producentów Cementu oraz POiD, Związek Polskie Okna i Drzwi.

Źródło: Związek Firm Pośrednictwa Finansowego (ZFPF).

W jaki sposób obniżyć koszty energii w branży budowlanej?

Fot1 (1)
W jaki sposób obniżyć koszty energii w branży budowlanej? Produkcja materiałów budowlanych czy obróbka drewna może być tańsza. Kluczowy jest monitoring energii wykorzystywanej przez prasy hydrauliczne, suszarki czy łuszczarki. Para wodna, sprężone powietrze, ciepło, chłód, gazy techniczne – możemy obniżyć koszty ich wykorzystania, jeśli tylko dokładnie zmierzymy ich przepływ.

Spis treści:
Para wodna
Sprężone powietrze
Pomiar ciepła
Gazy techniczne
System monitorowania energii EMS

– Oszczędzanie energii oznacza mniejsze koszty operacyjne, co bezpośrednio wpływa na konkurencyjność przedsiębiorstwa. Wciąż dostrzegamy jednak, że wiele firm nie wie, ile energii zużywa w procesach produkcyjnych – mówi Piotr Hargesheimer, Solution Sales Manager Endress+Hauser Polska. – Kluczowy jest system monitoringu energii (EMS) i odpowiednie jej opomiarowanie. Jednak pierwszym krokiem, który powinni wykonać przedsiębiorcy, jest sprawdzenie, czy w ogóle w ich firmach monitoruje się przepływ energii. Potem dopiero można szukać oszczędności.

Para wodna

Para wodna jest wykorzystywana w branży budowlanej m.in. do kondycjonowania drewna i zasilania maszyn, a także w produkcji styropianu. Aż 40% paliw kopalnych wykorzystywanych jest właśnie do wytwarzania pary w kotłach. Systemy parowe mają spory potencjał w zakresie oszczędzania i odzyskiwania energii. Obniżka kosztów jest możliwa zarówno na etapach wytwarzania, dystrybucji, rozliczania, jak i dzięki poprawie sprawności kotła.

Natychmiastowe oszczędności można osiągnąć dzięki:

  • minimalizacji nieszczelności instalacji,

  • odpowiedniej izolacji rurociągów,

  • odcięciu nieużywanych odcinków,

  • redukcji strat kondensatu,

  • regularnemu serwisowi kotłów (np. odmulaniu),

  • monitorowaniu wskaźników efektywności energetycznej (np. sprawności kotła).

Sprężone powietrze

Około 10% energii elektrycznej w światowym przemyśle służy do wytwarzania sprężonego powietrza. To tyle energii, ile produkuje 75 dużych elektrowni jądrowych. W instalacjach przemysłowych nawet do 30% wytwarzanego sprężonego powietrza „znika” z powodu nieszczelności w sieci dystrybucji.

– Straty finansowe wynikające z nieefektywnych instalacji sprężonego powietrza są nadal niedoszacowane, ignorowane lub po prostu akceptowane jako konieczność. Ciepło odpadowe, straty ciśnienia czy zbyt wysokie ciśnienie w układzie to czynniki, które powodują, że sprężarki są często uważane za „pożeracze energii” – mówi Piotr Hargesheimer.

Natychmiastowe oszczędności można osiągnąć dzięki:

  • usunięciu nieszczelności (mniejsze straty ciśnienia),

  • monitorowaniu stanu filtrów (mniejsze straty ciśnienia),

  • poborowi powietrza dla sprężarek z miejsca o najniższej temperaturze (podwyższenie sprawności),

  • wykorzystaniu ciepła odpadowego ze sprężarek (powietrze procesowe),

  • utrzymaniu możliwie najniższego ciśnienia w instalacji,

  • wyłączaniu sprężarek w czasie przerw produkcyjnych,

  • kontroli sprawności kompresorów (moc zużyta na jednostkę objętości normalnej).

Pomiar ciepła

Na rynku dostępnych jest wiele różnych technologii grzewczych oraz układów chłodzenia, wymagających indywidualnego podejścia do oceny ich wydajności i poprawy wyników. Zwykle wysokie straty energii mają swoje źródło w kotłach. Monitorowanie wydajności jest zatem najłatwiejszym sposobem pomiaru strat i pozwala podjąć działania zaradcze. Odpowiednie optymalizacje, wdrożone w systemach grzewczych, mogą zmniejszyć zużycie energii nawet o 55%.

Układy chłodzenia odpowiadają za około 10% całkowitego zużycia energii elektrycznej we wszystkich gałęziach przemysłu. Zatem nawet niewielkie zmniejszenie zużycia w tym obszarze może zapewnić znaczne oszczędności. Podstawowym warunkiem sprawnego działania układów chłodzenia jest ich regularna konserwacja.

– Systemy chłodzenia są często projektowane według specyficznych wymagań klientów, dlatego nie wystarczy mierzyć zużycie energii elektrycznej, aby rzetelnie monitorować całkowite zapotrzebowanie na energię. Na efektywność systemu wpływa przede wszystkim konfiguracja urządzeń i sposób ich eksploatacji – podkreśla Piotr Hargesheimer.

Natychmiastowe oszczędności można osiągnąć dzięki:

  • utrzymywaniu prawidłowego stanu technicznego izolacji rurociągów, urządzeń i budynków,

  • minimalizacji nieszczelności,

  • odzyskowi ciepła z systemów chłodniczych, wentylacji i procesów produkcyjnych, np. do ogrzewania wody (w lecie) lub ogrzewania pomieszczeń (w zimie),

  • zmniejszeniu temperatury czynnika na zasilaniu, zgodnie z faktycznymi potrzebami grzewczymi,

  • używaniu układów magazynowania ciepła o odpowiednio dużej pojemności,

  • stosowaniu energooszczędnych technologii, takich jak kotły kondensacyjne lub skojarzone wytwarzanie ciepła i energii elektrycznej,

  • optymalizacji pracy palników.

Gazy techniczne

W przemysłowych instalacjach technologicznych używane są ogromne ilości azotu (N2), dwutlenku węgla (CO2), tlenu (O2), argonu (Ar) i wielu innych gazów technicznych. Znajdują one zastosowanie głównie jako gazy spawalnicze, gazy osłonowe lub gazy wykorzystywane do pakowania w atmosferze modyfikowanej (MAP) w przemyśle spożywczym.

­– Tutaj, podobnie jak w przypadku ogrzewania, wentylacji i klimatyzacji, bardzo ważne jest unikanie strat energii i wycieków. Istotne jest również zapewnienie dokładnego i prawidłowego rozliczania kosztów, jeśli instalacja jest wykorzystywana przez wielu odbiorców – mówi ekspert Endress+Hauser.

Natychmiastowe oszczędności można osiągnąć dzięki:

  • minimalizacji nieszczelności instalacji,

  • kontroli czystości filtrów,

  • zapobieganiu unoszenia skroplonego gazu do rurociągów kolektorowych.

System monitorowania energii EMS

Wprowadzenie natychmiastowych zmian takich jak kontrola czy usunięcie nieszczelności, jest tylko pierwszym krokiem do prawdziwych oszczędności. Zakłady, które chcą szczegółowo kontrolować zużycie nośników energii, inwestują w nowoczesne i kompleksowe systemy monitorowania energii.

– Przy wdrażaniu takich rozwiązań, ważne jest, aby były one wiarygodne, szczegółowe i zgodne z ISO 50001 oraz ISO 50006 – dodaje Piotr Hargesheimer. ­– Przykładowo, proponowany przez Endress+Hauser system EMS do zarządzania energią, pozwala dopasować go „pod klucz”. Zarząd może monitorować zużycie i mieć dostęp do analiz z poziomu Internetu lub intranetu. Co więcej, to rozwiązanie można powiązać ze znajdującymi się już w firmie systemami zarządzania i sieciami cyfrowymi.

Korzyści wynikające z posiadania kompleksowego systemu monitorowania energią:

  • dostępność on-line mierzonych danych,

  • przejrzysty obraz przepływów wszystkich mediów i energii,

  • łatwa identyfikacja strat energii,

  • skuteczne rozliczanie kosztów,

  • bezpieczeństwo dostaw, dzięki stałemu monitorowaniu parametrów technologicznych.

Monitorowanie przepływu mediów okazuje się skutecznym i osiągalnym dla wielu przedsiębiorstw sposobem na oszczędności. Jesteśmy w stanie je osiągnąć, stosując kompleksowy system monitorowania energii.

Źródło: Endress+Hauser.

Globalny rynek rozwiązań omnichannel dla branży retail będzie rósł w siłę

ben-rosett-10614-unsplash
Globalny rynek rozwiązań omnichannel dla branży retail będzie rósł w siłę. Wartość globalnego rynku omnichannelowych rozwiązań dla retailu ma rozwijać się w tempie ponad 16% rocznie i w ciągu 4 lat sięgnąć 14,6 mld dolarów. Wielokanałowa sprzedaż oznaczać będzie dynamiczną cyfryzację stacjonarnych sklepów w modelu phygital – granice pomiędzy sprzedażą offline i online będą się zacierały. Budowa omnichannelu na bazie takich rozwiązań jak In-store Assistant zatrzyma odpływ klientów i przyniesie nawet 10-procentowy wzrost sprzedaży – wynika z analiz firmy Nanovo.

Spis treści:
Klienci nie wychodzą z cyfrowego sklepu stacjonarnego
Rezultaty widoczne jak na dłoni

Globalny rynek rozwiązań omnichannel dla branży retail ma urosnąć z obecnych 8 do 14,6 mld dolarów w 2026 roku – wynika z danych Research and Markets. Optymistyczne prognozy dla branży to dowód na zacieranie się granic pomiędzy sprzedażą online i offline. Sklepy stacjonarne szukają sposobu na podłączenie się do e-commerce’u, do którego w czasie pandemii przyzwyczaili się ich klienci. Z kolei e-commerce widzi dla siebie miejsce w przestrzeniach fizycznych m.in. dlatego, że tu znajduje nowych klientów, których pozyskanie w internecie kosztuje coraz więcej.
– Jesteśmy świadkami integracji tych dwóch obszarów w formacie phygital, w którym doświadczenia zakupowe świata online (digital) łączą się z zakupami w przestrzeni fizycznej (physical) – m.in. poprzez automatyzację obsługi i udostępnienie z poziomu sklepu stacjonarnego pełnej oferty e-commerce. Wśród umożliwiających to rozwiązań można wymienić In-store Assistant, które pozwala na prezentację nieograniczonego portfolio produktów dostępnych we wszystkich kanałach sprzedaży – mówi Konrad Łucka, Chief Growth Officer w Nanovo, firmie dostarczającej technologie dla nowoczesnego retailu.

Klienci nie wychodzą z cyfrowego sklepu stacjonarnego
Technologia polega na wdrożeniu w przestrzeni fizycznej stacjonarnych lub mobilnych stanowisk połączonych z dotykową aplikacją sklepową. Klienci obsługują je samodzielnie lub korzystają ze wsparcia sprzedawców. Proces obsługi – skanowanie i wyszukiwanie produktu, płatność na miejscu i nawigacja po ofercie – jest maksymalnie uproszczony, a przez to o wiele bardziej efektywny od samego tylko wyświetlenia na urządzeniu w sklepie strony e-commerce’owej.

– Efektywność potwierdzają nasze obserwacje. Na podstawie analizy działania ok. 3000 stanowisk In-store Assistant, które wdrożyliśmy do tej pory, widzimy, że pozwalają one: skrócić czas obsługi, zmniejszyć liczbę zwrotów i osiągnąć 7-10% wzrostu sprzedaży po krótkim czasie od uruchomienia ­– dodaje Konrad Łucka z Nanovo.

Rezultaty widoczne jak na dłoni
Osiągnięcie tych rezultatów jest możliwe z kilku powodów. Przede wszystkim podłączenie sklepu do omnichannel oznacza, że brak towaru na miejscu nie zamyka procesu zakupu, co zapobiega utracie przychodów. To bardzo ważne, bo aż 66% klientów opuszcza sklep, w którym nie znajdzie szukanego produktu – wynika z badania „Global Path to Purchase Survey”. Klient za pośrednictwem In-store Assistant zamawia podczas wizyty w sklepie niedostępny towar z dostawą do domu lub przenosi koszyk do konta online i finalizuje transakcję później – sprzedaż jest zaliczana na konto sklepu, który odwiedził.

Znaczenie ma też poprawa doświadczenia klientów. Innowacyjne otoczenie zachęca ich do interakcji, buduje lojalność i podnosi świadomość marki. In-store Assistant pozwala też na samodzielną obsługę i zakup produktów w momencie zwiększonego ruchu – bez udziału zajętego w danym momencie sprzedawcy i z pominięciem kolejek do kas. Z danych Nanovo wynika, że można dzięki temu usprawnić obsługę w sklepie nawet o 25%.

– Tego rodzaju cyfryzowanie przestrzeni fizycznych jest możliwe w różnych branżach, a opisane wyżej rozwiązania to jedna z wielu możliwości wykorzystania formatu phygital. Na przykład wdrażane przez nas automatyczne przymierzalnie służą konkretnie branży fashion, w której pole do stosowanie technologii jest na pewno olbrzymie. Jednak realizacje dla Żabki na potrzeby bezobsługowych sklepów Żabka Nano czy automatyzacja procesu pozyskiwania podpisów cyfrowych w PKO Banku Polskim pokazują, że omnichannel z powodzeniem radzi sobie także w mniej oczywistych na pierwszy rzut oka kategoriach biznesowych – tłumaczy Konrad Łucka z Nanovo.

Źródło: Nanovo.

Zmiana przepisów w handlu elektronicznym

markus-spiske-484245-unsplash
Wchodzą kolejne przepisy, które zmienią polski e-handel.

Nowe przepisy nazywane potocznie dyrektywą cyfrową i towarową mają wejść w życie wraz z początkiem nowego roku. – Te regulacje będą miały spore znaczenie dla e-sprzedawców i dostawców treści (contentu) – mówi Rafał Malujda, radca prawny IdoSell.

W polskim prawie pojawia się coraz więcej regulacji, które mają usystematyzować przepisy związane ze sklepami internetowymi i sprzedażą online. Już od kilku miesięcy głośno jest o unijnej dyrektywie Omnibus. Niedawno Sejm uchwalił, że wraz z początkiem 2023 roku w życie wejdzie zmieniona ustawa o prawach konsumenta, a w niej dwie dyrektywy – cyfrowa i towarowa. Obie będą miały duży wpływ na krajowy rynek e-commerce. Co nowe przepisy oznaczają dla sprzedawców i konsumentów?

– Dyrektywy cyfrowa i towarowa zaznaczą się grubą kreską w polskim e-commerce. Zmiany dotkną przede wszystkim obowiązków, które mają sprzedawcy i twórcy contentu – podkreśla Rafał Malujda.

Źródło: IdoSell.

Inwestycje firmowe w planach na 2023 rok?

rawpixel-670711-unsplash
Podczas poprzednich wakacji obserwowaliśmy poprawę nastrojów przedsiębiorstw. Odnotowano wtedy najwyższe odczyty Miesięcznego Indeksu Koniunktury w historii badania. Najnowsze dane przedstawiają niepokojące wyniki. Po raz pierwszy z pierwszego miejsca na drugie spadła niepewność sytuacji gospodarczej jako znacząca bariera prowadzenia biznesu. Najbardziej dokuczliwą barierą stały się ceny energii. Niemal połowa badanych firm deklaruje, że ceny energii są barierą o bardzo dużym znaczeniu, a dla 27% – dużym. Niepokoją także statystyki inwestycji i płynności finansowej. 1 Obecnie większość firm odczuwa skutki kryzysu energetycznego, a ich konsekwencje mogą towarzyszyć polskim przedsiębiorcom długofalowo. Czy można temu zaradzić?

Spis treści:
Przejmij kontrolę nad budżetem
Koszty stałe. Czy na pewno?
Firma to ludzie, którzy ją tworzą

Rosnące koszty prowadzenia działalności ograniczają możliwości wydatkowe, w tym możliwości inwestycyjne, które przy obawach płynności finansowej odsuwane są na dalszy plan. Najważniejszym elementem skutecznego realizowania strategii jest efektywne wykorzystanie zasobów firmy. Jak się za to zabrać?

Przejmij kontrolę nad budżetem

Planowanie i budżetowanie to kluczowe narzędzia kontrolingu. Właściwa analiza danych finansowych umożliwia wyznaczenie priorytetów dla zasobów oraz ich alokację. Obecnie na rynku dostępnych jest wiele programów, które usprawniają cykl budżetowania. Dzięki nim firma może korygować budżet oraz przygotować bieżące prognozy w odpowiedzi na zmiany wewnątrz firmy, a także te pochodzące z zewnątrz. Programy budżetowe dają możliwość zintegrowania z obiegiem faktur czy kontami księgowymi, co oznacza dostępność od ręki wszystkich zaksięgowanych kosztów i przychodów. To pozwala na bieżąco monitorować stopień wykorzystania budżetu oraz otrzymywać alerty w przypadku możliwości jego przekroczenia. Dzięki takim działaniom można na bieżąco reagować na niespodziewane sytuacje. Niestety nie wszystkie obszary budżetu program jest w stanie kontrolować. Nieustanne podwyżki cen surowców to jeden z elementów budżetu, nad którym trudno nadążyć.

Koszty stałe. Czy na pewno?

Koszty stałe, przy obecnych podwyżkach cen surowców, pozostają „stałe” już tylko z nazwy. Warto zastanowić się, nad którymi można „zapanować”, a nawet je ograniczyć. Każda firma, bez względu na charakter działalności, zużywa energię elektryczną, której ceny, w ostatnim czasie, drastycznie rosną. Planując wydatki na najbliższy rok należy rozważyć, w jaki sposób można ograniczyć koszty zużycia energii. Inwestycja w Odnawialne Źródła Energii, takie jak panele fotowoltaiczne, to dobre rozwiązanie dla firm mających przestrzeń i warunki dla montażu paneli. W firmach, gdzie nie jest to możliwe, alternatywą mogą być przenośne stacje zasilania, które zapewnią zasilanie w czasie przerwy w dostawie energii, a dzięki niewielkim, przenośnym panelom fotowoltaicznych, także darmową energię dla firmy. – Już nawet najmniejsza dostępna przenośna stacja ładowania o pojemności 210 Wh jest w stanie naładować baterię laptopa trzy razy, a baterię telefonu 13 razy. Im większa pojemność stacji, tym większe jej możliwości. W zależności od specyfiki firmy i urządzeń, jakie chcielibyśmy zasilić ze stacji, należy dobrać rozwiązanie o odpowiedniej pojemności. – wyjaśnia Daria Ciecior z EcoFlow. – Przenośne stacje ładowania to dobre rozwiązanie zarówno dla przedsiębiorców stacjonarnych, ale także mobilnych, którzy opierają swoje działania na pracy zdalnej, bez stałej siedziby. Przenośna stacja zasilania zapewni energię wszędzie tam, gdzie będzie to konieczne. – dodaje ekspert.

Firma to ludzie, którzy ją tworzą

Trudno także wyobrazić sobie przedsiębiorstwo bez pracowników, a o jakości firmy świadczą ludzie, którzy ją tworzą. Rozwój to kluczowy składnik w polepszaniu standardów firmy i uzyskiwaniu lepszych efektów pracy oraz jej wydajności. Planując inwestycje nie można zapomnieć o inwestycji w pracownika i jego rozwój. Warto przeprowadzić analizę stanowisk pracy, porozmawiać z pracownikami i określić jakiego typu szkolenia czy kursy doszkalające są niezbędne i przyniosą wymierne efekty w perspektywie najbliższych lat. Właściwy człowiek, na właściwym stanowisku – firma, która działa z godnie z takim przekonaniem, to prężnie działająca maszyna, która nie wymaga częstych interwencji. Warto także zadbać o przyjazne i komfortowe warunki pracy. Ograniczenie hałasu, optymalna temperatura pomieszczeń, ergonomiczne stanowiska pracy, sprawny sprzęt, zapewnienie bezpieczeństwa w miejscu pracy, to tylko nieliczne elementy wpływające na polepszenie jakości pracy.

– Nikt nie wyobraża dziś sobie komfortowych warunków pracy bez dostępu do energii elektrycznej. Wspomniana wcześniej przenośna stacja zasilania to także alternatywne źródło zasilania, które idealnie się sprawdzi w przypadku awarii sieci energetycznej. – zauważa Daria Ciecior z EcoFlow.

Firma to skomplikowany mechanizm, na który składa się wiele elementów, które trzeba uwzględnić planując jakikolwiek ruch. Często na wiele z nich przedsiębiorcy nie mają wpływu, ale mogą i powinni reagować na zmiany rynkowe czy gospodarcze, aby utrzymać firmę na właściwych torach. Najnowsze technologie dają im do dyspozycji narzędzia, które pozwalają trzymać rękę na pulsie i wykorzystywać posiadane zasoby w najlepszy możliwy sposób.

1Indeks MIK w lipcu 2022. PIE i BGK publikuje raport. Inwestycje leżą i pogarsza się płynność firm (businessinsider.com.pl)

Źródło: Commplace Sp. z o. o. Sp. K

Knight Frank prognozuje globalne przepływy kapitałowe

joshua-sortino-215039-unsplash
Opracowany przez specjalistów Knight Frank model
Capital Gravity stanowi podstawę badań i analiz służących opracowaniu wydawanego co roku raportu Active Capital. W tym roku, po raz szósty z rzędu, zastosowaliśmy algorytmy, które w połączeniu z danymi rynkowymi pozwalają nam przewidzieć jakie będą kierunki przepływów kapitałowych na świecie w 2023 roku.

Spis treści:
Sektor hotelowy
Sektor magazynowy
Sektor biurowy
Sektor mieszkaniowy
Sektor handlowy
Sektor prywatnych akademików
Typy inwestorów

Głównymi kierunkami inwestycji międzynarodowych będą (według kolejności): Stany Zjednoczone, Wielka Brytania, Niemcy, Australia oraz Francja, ze szczególnym znaczeniem krajów postrzeganych jako bezpieczne przystanie.

Sektor hotelowy

Prognozuje się, że po kilku trudnych latach, w których musieliśmy mierzyć się z konsekwencjami pandemii, branża hotelarska odnotuje znaczny wzrost aktywności, choć nie można jeszcze mówić o powocie do poziomów sprzed pandemii. Przewiduje się, że Stany Zjednoczone, Wielka Brytania, Niemcy, Australia i Japonia będą główymi kierunkami inwestycji, z kapitałem napływającym od amerykańskich funduszy private equity, singapurskich funduszy REIT i amerykańskich oraz kanadyjskich firm zarządzających inwestycjami. Dla inwestorów znających i rozumiejących realia branży hotelarskiej, obserwowane obecnie ożywnienie w inwestowaniu świadczy o atrakcyjności sektora. Kapitał jest przede wystkim lokowany w aktywach dobrze zlokalizowanych, o potencjale wzrostu wartości (value-add) w dłuższym okresie. Możliwość korygowania cen noclegów hotelowych w czasie rzeczywistym jest zabezpieczeniem przed inflacją i stanowi ochronę przed rosnącymi stopami procentowymi.

Sektor magazynowy

Po dwóch latach rekordów bitych na rynku magazynowym, przewidujemy, że w 2023 roku logistyka będzie drugim najczęściej wybieranym sektorem przez inwestorów. Stany Zjednoczone, Niemcy, Wielka Brytania, Australia, Francja i Japonia najpewniej będą na szczycie listy krajów budzących największe zainteresowanie wśród funduszy z kapitałem płynącym ze Stanów Zjednoczonych, Singapuru, Kanady i Wielkiej Brytanii.

Sektor biurowy

Przewiduje się, że sektor biurowy będzie najczęściej wybieranym sektorem na świecie w 2023 r., na którym uaktywnią się również inwestorzy prywatni, którzy będą głównie zainteresowani inwestowaniem w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych. Oczekuje się, że najpopularniejszymi miejscami docelowymi w 2023 r. będą stosunkowo płynne rynki, gdzie popyt równoważy podaż, takie jak: Wielka Brytania, Stany Zjednoczone, Niemcy, Holandia, Australia, Francja, Japonia, Chiny i Singapur.

Sektor mieszkaniowy

Sektor mieszkaniowy będzie na trzecim miejscu listy zakupów międzynarodowych inwestorów. Dobre wskaźniki na rynku najmu czynią ten sektor bezpiecznym w obecnie niepewnej sytuacji gospodarczej.

Sektor handlowy

Sektor handlowy był jednym z tych, które najwięcej straciły na pandemii. Po trudnych latach segment jest już jednak zahartowany i teraz może stanowić wartość dla inwestorów, którzy perspektywicznie patrzą na swoje inwestycje i szukają dywersyfikacji. W szczególności oczekuje się, że inwestorzy ze Stanów Zjednoczonych, Kanady, Zjednoczonych Emiratów Arabskich i Singapuru skupią się przede wszystkim na inwestycjach w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Niemczech i Francji.

Sektor prywatnych akademików

Przewiduje się, że w przyszłym roku aktywność inwestorów w tym sektorze będzie nadal rosnąć, powracając do poziomu z 2017 r. Będziemy obserwować zwiększone zainteresowanie ze strony Stanów Zjednoczonych, Kanady, Singapuru i Korei Południowej, ze szczególnym uwzględnieniem inwestorów instytucjonalnych ze Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i Niemiec.

Typy inwestorów

Zamożni klienci indywidualni (High-Net Worth Individuals HNWI)

Aktywność inwestycyjna osób zamożnych, których majątek szacowany jest na 1 – 5 milionów USD (High-Net Worth Individuals, HNWI) w połączeniu ze wzrostem liczby najzamożniejszych, których majątek przekracza 30 milionów USD (Ultra-High Net Worth Individuals, UHNWI) powinna wzrosnąć w 2023 roku. Inwestorzy dysponujący gotówką korzystają na kursach walutowych i mniejszej konkurencji ze strony inwestorów instytucjonalnych. Ich zainteresowanie skupia się przede wszystkim na sektorze biurowym. Przewidujemy, że kapitał będzie płynął przede wszystkim z Brazylii, Stanów Zjednoczonych, Zjednoczonych Emiratów Arabskich oraz Niemiec, Hiszpanii i Szwajcarii. Inwestorzy, którzy chcą skorzystać na zmianach kursów walut i potencjalnie mniejszej konkurencji ze strony większego kapitału instytucjonalnego, będą ukierunkowywać się na Wielką Brytanię i Stany Zjednoczone.

Inwestorzy instytucjonalni

Nasz model przewiduje, że w 2023 r. instytucje będą koncentrować się na sektorach biurowym, magazynowym i handlowym, z naciskiem na inwestycje w regionie EMEA. Inwestorzy ze Stanów Zjednoczonych i Zjednoczonych Emiratów Arabskich zwiekszą swoją aktywność, nie ograniczając się przy tym do jednego regionu, a szukając możliwości inwestycyjnych na całym świecie.

Investment Managers

Patrząc historycznie, poziom międzynarodowych inwestycji przeprowadzanych przez firmy zarządzające inwestycjami i kapitałem (Investment Managers) był stabilny, z okresami wzrostu w latach 2018, 2019 i 2021. Obecnie przewiduje się, że wartość inwestycji będzie umiarkowanie ograniczona, zwłaszcza że wahania na rynku akcji i obligacji mogły doprowadzić do „przypadkowego” wzrostu wartości nieruchomości. Jednocześnie, firmy z Korei Południowej i Zjednoczonych Emiratów Arabskich przewidują wzrost aktywności inwestycyjnej, bez ograniczeń do danego sektora. Podczas gdy, aktywność prawdopodobnie utrzyma się na stosunkowo stabilnym poziomie w obu Amerykach i regionie Azji i Pacyfiku, przewiduje się, że głównym celem inwestorów będzie region EMEA.

Firmy notowane na giełdzie i fundusze REIT

Przewiduje się, że notowane na giełdzie firmy z branży nieruchomości i fundusze typu REIT zwiększą swoje zainteresowanie regionem Azji i Pacyfiku, ze szczególnym uwzględnieniem sektora biurowego i magazynowego w Australii oraz sektora biurowego w Japonii i Singapurze. Oczekuje się, że inwestorzy giełdowi i REIT-y z Singapuru, Stanów Zjednoczonych, Kanady, Chin i Japonii będą głównym źródłem kapitału i przepływów międzynarodowych.

Kapital prywatny

W 2023 roku będziemy mogli zaobserwować umiarkowaną aktywność kapitału prywatnego w porównaniu z ostatnimi latami, chociaż siła dolara i atracyjne ceny prawdopodobnie pozytywnie wpłyną na przepływ kapitału amerykańskiego i możliwy wzrostu zainteresowania ze strony inwestorów singapurskich. Oczekuje się, że Stany Zjednoczone, Niemcy, Wielka Brytania, Japonia i Holandia, znajdą się na szczycie listy zainteresowanych, ze szczególnym uwzględnieniem sektora biurowego, magazynowego i mieszkaniowego.

Inne grupy inwestorów

Przewiduje się, że banki i państwowe fundusze majątkowe utrzymają poziom inwestycji podobny do ostatnich dwóch lat. Oczekuje się, że kapitał będzie pochodził ze Stanów Zjednoczonych, Kanady, Niemiec, Singapuru, Francji, Chin, Szwecji i Wielkiej Brytanii, targetując wszystkie sektory. Obszar EMEA i obie Ameryki pozostaną regionami o największym przepływie kapitału, ale przewiduje się też, że region APAC odnotuje znaczący wzrost aktywności. W szczególności obejmuje to sektor biurowy w Japonii, Australii, Singapurze i Korei Południowej oraz sektor magazynowy w Australii, Singapurze, Japonii i Chinach.

 

Autor: Victoria Ormond, Head of Capital Market Research, Knight Frank.

Polacy, rozliczanie podatków w Niemczech dla firm wcale nie jest łatwe

Fotografia Biznesowa Kraków
Dużo wyższa niż u nas kwota wolna od podatku, niższy podatek dochodowy, a do tego różnego rodzaju ulgi fiskalne zachęcają Polaków do zakładania firm w Niemczech. Jednak nie każdy wie np. o tym, że przez pierwsze dwa lata prowadzenia tam biznesu należy co miesiąc składać deklarację VAT. A chcąc korzystać z większości przywilejów, trzeba być niemieckim rezydentem. Szczegółowa analiza może wykazać, że w konkretnym przypadku bardziej opłaca się rozliczać i prowadzić działalność w Polsce. Z reguły dot. to JDG. Prowadząc ją tutaj, można wybrać spośród różnych dostępnych form podatku dochodowego. A tam im wyższe są dochody, tym większy jest ich procentowy udział. Różnicą jest też to, że gdy dochód przekracza 24,5 tys. euro rocznie, niemieckie przedsiębiorstwa muszą płacić podatek od działalności gospodarczej. Dodatkowo należy mieć na uwadze, że w Niemczech możemy się spodziewać skrupulatnych i długotrwałych kontroli podatkowych.

SPis treści:
Lepszy system?
Rodzaje podatków
Kontrole podatkowe

 

Lepszy system?

Niemiecki system podatkowy w porównaniu do polskiego daje przedsiębiorcom wiele korzyści. Jedną z nich jest dużo wyższa niż u nas kwota wolna od podatku. Od początku tego roku wynosi ona 10 623 euro, czyli blisko 50 tys. złotych. W naszym kraju jest to znacznie mniejsza suma, tj. 30 tys. zł. Kolejną zaletą prowadzenia biznesu za naszą zachodnią granicą jest niższy niż w Polsce podatek dochodowy, uzależniony od wysokości dochodów. W praktyce wielkość odprowadzanej daniny zależy od osiągniętego progu podatkowego, a także od tego, czy podatnik rozlicza się z dziećmi, małżonkiem lub samotnie. Ponadto w Niemczech można skorzystać z różnego rodzaju ulg podatkowych, które przysługują w zależności od danego landu.

Jednak trzeba mieć również świadomość wszystkich różnic podatkowych, aby podjąć właściwą decyzję o założeniu tam biznesu. Zaskoczeniem może być chociażby to, że przez pierwsze dwa lata prowadzenia działalności gospodarczej w Niemczech należy co miesiąc składać deklarację VAT. Dopiero po upływie tego czasu można to robić kwartalnie lub nawet rocznie.

W praktyce bardzo trudno jest jednoznacznie określić, który system podatkowy jest bardziej sprzyjający dla przedsiębiorcy. Oba należą do bardzo skomplikowanych. Wszystko zależy od indywidualnej sytuacji podatnika, którą trzeba szczegółowo przeanalizować. Może okazać się, że w przypadku prowadzenia danego rodzaju działalności podatki będą wyższe w Niemczech niż w Polsce, ale wcale nie musi tak być.

W większości przypadków korzystniej raczej będzie pozostać na polskim opodatkowaniu. W szczególności dotyczy to jednoosobowych form działalności gospodarczych. Rozliczając się według tamtejszych zasad, raczej zapłacimy wyższy podatek niż w Polsce w przypadku opodatkowania ryczałtem ewidencjonowanym. Nie zmienił tego nawet tzw. Polski Ład czy brak możliwości odliczenia składki zdrowotnej od podatku.

Trzeba też pamiętać o tym, że samo założenie firmy w Niemczech nie oznacza automatycznego przejścia na tamtejszy system podatkowy (w szczególności w zakresie podatku dochodowego) i korzystania z ulg obowiązujących w danym landzie. Jest to uzależnione od tzw. rezydencji podatkowej. Polski przedsiębiorca jest uważany za rezydenta podatkowego Niemiec, jeżeli przebywa na terenie tego kraju dłużej niż 183 dni w danym roku podatkowym lub ma tam centrum interesów osobistych (relacje rodzinne) albo centrum interesów gospodarczych (powiązania ekonomiczne, majątek czy faktyczne wykonywanie działalności).

Rodzaje podatków

W Niemczech przedsiębiorcy prowadzący biznes w formie jednoosobowych działalności gospodarczych lub spółek osobowych (cywilnych, jawnych, komandytowych lub partnerskich) są opodatkowani tak samo, jak osoby fizyczne w Polsce. Każdy podatnik jest przypisany do odpowiedniej klasy podatkowej, od której uzależniona jest stawka podatku, wynosząca od 0 do 45%. Natomiast spółki kapitałowe (akcyjne, komandytowo-akcyjne, z ograniczoną odpowiedzialnością bądź mini z o.o.) uiszczają odpowiednik naszego CIT-u w wysokości 15%, a do tego – 5,5% daniny solidarnościowej.

Warto podkreślić to, że osoby prowadzące w Niemczech jednoosobową działalność gospodarczą obowiązuje tylko jedna forma opodatkowania dot. podatku dochodowego. Jest on oparty o liniowo-progresywną taryfę podatkową. W praktyce oznacza to, że im wyższe są dochody, tym większy jest ich procentowy udział w podatku. W tym aspekcie można stwierdzić, że przedsiębiorcy w Polsce mają większy komfort, gdyż w zależności od indywidualnej sytuacji mogą wybrać jedną z kilku form opodatkowania dochodów z JDG.

Tutejsi przedsiębiorcy nie mają do czynienia z obowiązującym w Niemczech podatkiem od działalności gospodarczej. Jest on naliczany, gdy dochód przekracza 24,5 tys. euro rocznie. Płaci się go gminie, w której jest zarejestrowana działalność gospodarcza. Jego wysokość jest uzależniona od miejsca, w jakim znajduje się siedziba firmy oraz od wygenerowanego zysku. Każda gmina ma inną stopę bazową do naliczania tego rodzaju daniny. Średnio wynosi około 14 proc. Sumując ten podatek z podatkiem od osób prawnych, okaże się, że faktyczny CIT w Niemczech, płacony np. przez spółki z ograniczoną odpowiedzialnością, to około 29,9 proc.

Ponadto za naszą zachodnią granicą obowiązuje podatek od wartości dodanej (odpowiednik polskiego VAT-u). Zwolnieni są z niego przedsiębiorcy, których obroty nie sięgają 22 tys. euro rocznie. W przypadku większości towarów i usług podatek ten wynosi 19%. Tylko na czas pandemii obniżono go do 16%. Natomiast w nielicznych wyjątkach obowiązuje obniżona stawka podatku VAT, sięgająca 7%.

Ciekawostką jest też to, że jeśli obrót firmy w roku założenia nie przekracza 500 tys. euro, przedsiębiorca może złożyć wniosek o tzw. rozliczanie podatku VAT w Niemczech metodą kasową. Wówczas uiszczany będzie dopiero wtedy, gdy dana faktura zostanie opłacona przez klienta, a nie już w momencie jej wystawienia. Taka możliwość istnieje również w polskim systemie podatkowym dla tzw. małych podatników.

Dodatkowo w branży budowlanej istnieje tzw. podatek od usług budowlanych i wynosi 15%. Jest naliczany od sumy uwzględnionej na fakturze za wykonaną usługę budowlaną. Niemniej jednak można wystąpić do niemieckiego urzędu skarbowego o zwolnienie z płacenia go. W praktyce każdy przedsiębiorca budowlany po przedłożeniu odpowiednich dokumentów jest zwalniany, pod warunkiem że nie zalega z innymi podatkami.

Kontrole podatkowe

Niemcy przykładają dużą wagę do kwestii fiskalnych. Kontrole skarbowe są tam prowadzone bardzo skrupulatnie. Organizacje niemieckich przedsiębiorców uskarżają się, że przeciętny czas kontroli podatkowej w przedsiębiorstwach średniej wielkości wynosi od 1-3 miesięcy. W przypadku małych firm działania kontrolne są prowadzone przez kilka tygodni. W porównaniu do okresów trwania kontroli w polskich MŚP, niemiecki system podatkowy wypada pod tym względem jednak znacznie lepiej.

Warto być świadomym tego, że kontrola podatkowa może dotknąć każdą firmę. Niemiecka skarbówka skrupulatnie sprawdzi wtedy zaksięgowane rachunki. Czasem okazuje się, że przedsiębiorca nie jest w stanie okazać wpisanych kosztów oraz odpisanego podatku VAT. W takiej sytuacji otrzymuje karę za opóźnianie kontroli, traci koszty wliczone w firmę i odprowadzony podatek VAT. W Polsce wygląda to tak samo.

Oszustwa podatkowe w Niemczech mogą skutkować pozbawieniem wolności do 10 lat, a także karami pieniężnymi. Ich wysokość zależy od rozmiaru szkody oraz miejsca zamieszkania podatnika. W północnej części kraju stawki za takie przewinienia są z reguły wyższe niż na południu Niemiec. W przypadku zatajenia dochodów trzeba zapłacić podatek wraz z karnymi odsetkami. Urząd może też nałożyć karę za opóźnienie, jeśli przedsiębiorca nie współpracuje podczas kontroli podatkowej.

Chcąc uniknąć ww. problemów, przedsiębiorca może pisemnie uprzedzić urząd o braku dokumentów, by przesunąć termin zapowiedzianej kontroli. Jest też instytucja umożliwiająca wystawienie potwierdzenia zgubionego rachunku. Należy podać jego wysokość i datę wystawienia, nazwę firmy, kwotę podatku oraz powód braku możliwości uzyskania duplikatu. Gdy do tego zostanie dodane potwierdzenie przelewu lub wpłaty, urząd powinien koszty te uznać.

Należy mieć na uwadze to, że przejście z polskiego na niemiecki system podatkowy wymaga zachowania szczególnej ostrożności z samego faktu występowania między nimi wielu różnic i wypełnienie wielu formalności. Doświadczenie pokazuje, że ten proces zajmuje minimum trzy miesiące. Zalecane jest zaznajomienie się z przepisami i konsultacja ich z doradcą podatkowym – najlepiej polskim i niemieckim. Pozwoli to na samym początku nie generować dodatkowych trudności oraz uniknąć pomyłek i kar.

Autor: doradca podatkowy Ewa Flor z Kancelarii ATL Accounting & Payroll.

Komentarz ekspercki: jaki wpływ na raty kredytów będzie miał nowy wskaźnik WIRON?

helloquence-61189-unsplashJaki wpływ na raty kredytów będzie miał nowy wskaźnik WIRON? Na to pytanie szczegółowo odpowiadają eksperci rynkowi, Jakub Kucharek oraz Jakub Łapaj.

Spis treści:
WIBOR a WIRON
ZARZUTY WOBEC WIBORU
MAPA DROGOWA

WIBOR a WIRON
WIBOR, czyli Warsaw Interbank Offered Rate, to wskaźnik będący składową oprocentowania m.in. kredytów bankowych o zmiennej stopie procentowej. WIBOR ustalany jest niemal codziennie, a wzrost jego poziomu powoduje wzrost rat, między innymi kredytów hipotecznych, zatem istotne dla wielu Polaków i Polek jest na jakiej podstawie zostaje on ustalany. W dużym uproszczeniu wskaźnik WIBOR odzwierciedla oprocentowanie, na bazie którego banki pożyczają od siebie pieniądze.  Jego wysokość uzależniona jest od okresu pożyczki, dlatego WIBOR ma sporo wariantów. Przykładowo, najbardziej popularne przy kredytach, WIBOR 3M i WIBOR 6M, odzwierciedlają wysokość oprocentowania pożyczek międzybankowych na okres odpowiednio 3 i 6 miesięcy.  Takie przynajmniej były założenia, jednak ostatnimi czasy padało coraz więcej zarzutów wobec metodologii wyliczania tej stawki. Jako że polski rynek bankowy charakteryzuje się nadpłynnością, to często nie było konieczności pożyczania przez banki kapitału. W takich sytuacjach wskaźnik był ustalany na podstawie deklaracji banków, co budzi kontrowersje i z pewnością odbiega od rzeczywistego kosztu pozyskania kapitału.

Na kanwie tych wątpliwości został rozpoczęty proces wyboru wskaźnika, który ma zastąpić WIBOR. Wybór padł na stawkę WIRD, która została przemianowana na WIRON, aby podkreślić okres, którego dotyczy. Transakcje Over Night odnoszą się do jednodniowych pożyczek, co jest pierwszą kluczową różnicą względem wskaźnika WIBOR, który w umowach kredytowych najczęściej odnosił się do terminów trzy- i sześciomiesięcznych. Nowy wskaźnik nie będzie się odnosił jedynie do depozytów na rynku międzybankowym. WIRON będzie obliczany na bazie transakcji ON przekazujących dane z instytucjami oraz dużymi przedsiębiorstwami. Z racji dużo większej ilości depozytów na tym rynku, rozwiązuje to zarzut stawiany wcześniej wobec WIBORu, że nie odnosi się do realnych transakcji, zatem wskaźnik WIRON będzie wolny od tych wątpliwości.

ZARZUTY WOBEC WIBORU
Czarne chmury na WIBORem zbierały się już od dawna. Wskaźnik miał za zadanie odzwierciedlać oprocentowanie, na bazie którego polskie banki pożyczają od siebie pieniądze. Podobne wskaźniki występują również w innych krajach, a odpowiednikiem warszawskiego WIBORU w Wielkiej Brytanii jest Londyński LIBOR. W 2012 roku upublicznione zostały manipulacje tym wskaźnikiem dokonywane przez największe brytyjskie banki. W latach 2005-2010 dochodziło do nierynkowego zaniżania bądź zawyżania tego wskaźnika – w zależności od potrzeb banków. Stało się to jedną z największych afer finansowych XXI wieku, a zamieszane w ten proceder były takie ogromne instytucje jak Barclays, UBS czy Royal Bank od Scotland. Banki zostały ukarane grzywnami w wysokości ponad 6 mld dolarów. Podobnych manipulacji doszukano się także na obowiązującym w strefie euro EURIBORZE, gdzie wśród ukaranych przez komisję europejską znalazły się banki mające swoje polskiej przedstawicielstwa jak Citigroup czy Deutsche Bank.

Manipulacje na siostrzanych wskaźnikach sprawiły, że coraz bardziej zaczęto się przyglądać, jak wygląda mechanizm wyliczania naszego WIBORu.  Przykładowo, najbardziej popularne przy kredytach WIBOR 3M i WIBOR 6M odnoszą się do wysokości oprocentowania pożyczek międzybankowych na okres odpowiednio 3 i 6 miesięcy. Zgodnie z unijnym rozporządzeniem BMR wyliczanie wartości wskaźnika powinno się odbywać na podstawie realnych transakcji, jeżeli jednak takie nie występują, to brane są pod uwagę deklaracje banków. Na polskim rynku bankowym w ostatnich latach raczej panowała nadpłynność finansowa, więc banki nie były tak często zmuszane do pożyczania od siebie kapitału, zwłaszcza w terminach trzy- i sześciomiesięcznych, o które najczęściej oparte są kredyty hipoteczne w Polsce. Przez to WIBOR stał się kwestionowany i nazywany „fikcyjnym”, gdyż nie odnosił się do rynkowych transakcji pozyskania kapitału.

Te wszystkie wątpliwości co jakiś czas się pojawiały w przestrzeni publicznej, jednak szersze zainteresowanie mechanizmem wyliczania stawki WIBOR zyskało po rozpoczęciu cyklu podwyżek stóp procentowych. Najczęściej zawierane transakcje depozytowe na rynku międzybankowym to te jednodniowe, których wysokość reprezentowana jest przez WIBOR ON bądź wskaźnik POLONIA. Przed podwyżkami stóp różnice między WIBOREM 3M a overnight wynosiły około 0,3% – nie były więc aż tak wysokie i nie miały wielkiego znaczenia przy wysokości. Po jastrzębich decyzjach RPP, gdy różnica między stawkami overnight a WIBOREM 3M zaczęła przekraczać nawet 1,5% proc., to różnica stała się bardzo odczuwalna dla kredytobiorców.

Przykład
Kwota kredytu pozostała do spłaty: 400 000zł
Okres pozostający do spłaty: 25 lat
Marża na kredycie 2%
Obecny wskaźnik referencyjny stosowany w kredycie: WIBOR 6m
W tym miejscu należałoby przytoczyć przykład wskazujący różnicę w racie oraz koszcie kredytu w przypadku zmiany z WIBORu na WIRON.
W dniu przygotowywania niniejszego porównania (25.11.2022) WIBOR 6m jest na poziomie 7,5%, natomiast wysokość stawki WIRON 6m to 6,07%. Zatem różnica pomiędzy nimi wynosi 1,43%.
Sprawdźmy więc, jak powyższa różnica wpływa na wysokość raty w naszym przykładzie.
Rata z WIBOREM (oprocentowanie 9,5%) – 3 494zł
Rata z WIRONEM (oprocentowanie 8,07%) – 3 105zł
Zgodnie z powyższym, zamieniając WIBOR na WIRON, rata kredytu spada nam o 389zł.
Zobaczmy zatem, jak w naszym przykładzie, zmiana wskaźnika wpłynie na całkowity koszt kredytu.
I tak, przy powyższych założeniach, zostając przy kredycie opartym o WIBOR, koszt odsetkowy kredytu wyniesie 648 000 zł. Natomiast zamieniając w swojej umowie kredytowej obecny wskaźnik referencyjny na WIRON, koszt ten wyniesie już 531 000 zł. Powyższy przykład wskazuje, że „zaoszczędzamy” niecałe 120 000zł przechodząc na WIBOR.
Należy jednak pamiętać, że w naszym scenariuszu założono, że przez cały okres kredytowania WIBOR oraz WIRON nie będą się zmieniały.

MAPA DROGOWA
Proces wprowadzenia nowego wskaźnika opracowuje Narodowa Grupa Robocza, w skład której wchodzą m.in. przedstawiciele banków, ministerstwa finansów, Komisji Nadzoru Finansowego, Narodowego Banku Polski, Bankowego Funduszu Gwarancyjnego czy tez Polskiego Fundusz Rozwoju. Wdrożenie będzie się odbywało w etapach.
• Pierwszy z nich to FAZA PRZYGOTOWAWCZA zaplanowana na 2022 rok, w ramach której wybrano, że to wskaźnik WIRON będzie następcą WIBORU. Od grudnia uczestnicy rynku będą mogli stosować WIRON w nowych instrumentach finansowych.
• FAZA WPROWADZANIA ma zostać zrealizowana w 2023. W jej zakresie jest udostępnienie nowych produktów opartych o WIRON. Banki mogą je oferować równolegle z produktami opartymi na WIBORze. W tym okresie odbywać ma się także kampania informacyjna o nowym wskaźniku.
• W 2024 przebiegać będzie FAZA WYPROWADZANIA, podczas której banki oferują nowe produkty różnych kategorii oparte o WIRON, stopniowo wypierając ze swoich ofert propozycje oparte na WIBORze.
• 2025 rok to FAZA FINALIZACJI, podczas której wskaźnik WIBOR przestaje być publikowany, a wszystkie dotychczasowe umowy z tym wskaźnikiem zostają konwertowane na wskaźnik WIRON

W przestrzeni medialnej pojawia się sporo informacji o rzekomym zastąpieniu WIBORu przez WIRON już od stycznia 2023 r. Niestety nie jest to prawdą i klienci posiadający już kredyty hipoteczne będą musieli uzbroić się w cierpliwość bądź wziąć sprawy w swoje ręce. Rzeczywiście, w 2023 roku jest szansa, że zaczną się pojawiać w bankach oferty oparte na nowym wskaźniku. Dotyczy to jednak nowo zaciąganych kredytów, a nie obniżenia kosztów dla obecnych właścicieli zobowiązań hipotecznych. Automatyczna zmiana wskaźnika, na jakim będzie się opierała umowa może nastąpić dopiero w 2025 roku i to dodatkowo obarczona spreadem korygującym, który może zniwelować korzyści tej zmiany. Rozwiązaniem będzie przeniesienie swojego kredytu na ofertę z WIRONem we własnym zakresie.
Autorzy: 
Jakub Kucharek, ekspert kredytowy Lendi, twórca serwisu www.wiron.info, Jakub Łapaj, ekspert kredytowy Lendi, twórca serwisu www.wiron.info.

W jaki sposób mądrze korzystać z odroczonych płatności?

ibrahim-rifath-789914-unsplash
Bez konieczności wypatrywania wypłaty na koncie, od ręki, w kilka chwil, w większości dużych e-sklepów możesz zrobić zakupy, korzystając z opcji odroczonej płatności. Proste? Bardzo. Korzystne? Zdecydowanie tak, pod warunkiem, że zostaną uregulowane na czas.

Spis treści:
Przyszłość internetowych płatności
Wygodna opcja na czas kryzysu

Przyszłość internetowych płatności

Choć odroczone płatności nie są nowością, to właśnie w ostatnich latach zyskały na swojej popularności i coraz mocniej rozkręcają się na rynku e-commerce. Obecnie w Polsce z opcji buy now pay later (BNPL) można skorzystać już w 73% największych sklepów online, na co wskazuje najnowsza edycja raportu Koszyk Roku 2022. Wszystkie prognozy wskazują, że globalny rynek BNPL dynamicznie będzie rozwijał się także w najbliższych latach – według Insider Intelligence już w 2025 r. transakcje z odroczoną płatnością będą opiewać na 680 mld USD.

– Odroczone płatności są 30- lub nawet 60-dniowymi darmowymi pożyczkami gotówki. Za sprawą kilku kliknięć możemy kupić produkty i zapłacić za nie dopiero za miesiąc lub dwa. To wygodna opcja dla osób, które muszą lub chcą dokonać zakupu, a właśnie oczekują na przypływ gotówki. To, o czym trzeba pamiętać, to konieczność uregulowania rachunku na czas – mówi Marcin Czugan, prezes Związku Przedsiębiorstw Finansowych w Polsce.

Potencjał BNPL dostrzegają sklepy, dlatego tak tłumnie decydują się na wprowadzenie tej dogodnej płatności. Jak wynika z publikacji Cashless „Płatności odroczone w Polsce 2021” blisko 80% sklepów zauważyło wzrost średniej wartości koszyka po wprowadzeniu BNPL. Nawet 75% dostrzega, że dzięki wdrożeniu takiej opcji płatności pozyskało nowych klientów, a nieco mniej – 74% zwiększyło sprzedaż.

Wygodna opcja na czas kryzysu

Ponad 17% inflacji oznacza, że ceny produktów rosną w zastraszającym tempie – także te dostępne online. Dla wielu klientów to znak, że możliwie jak najszybciej powinni dokonać zakupów, które mieli w planach, by zapłacić za towary jeszcze w korzystnej cenie. Skorzystanie z odroczonej płatności może okazać się atrakcyjnym rozwiązaniem, bo przy zachowaniu ceny, można za towar zapłacić w dogodnym momencie – nie dalszym niż określony przez podmiot finansujący.

Według European Retail Banking Radar w 2021 r. Polska była jednym z liderów w zakresie korzystania z BNPL. Z zakupów z odroczoną płatnością skorzystało aż 61% polskich konsumentów. To znak, że Polacy śmiało podchodzą do takiej możliwości finansowania.

– Buy now pay later, to przyszłościowy model płatności, konkretnie odpowiadający potrzebom klienckim. Dostrzegam ogromny potencjał takiego rozwiązania i nie dziwi, że Polska jest jednym z liderów w zakresie korzystania z odroczonych płatności. Niemniej – zawsze warto mieć na uwadze, że jest to forma zobowiązania – tak jak pożyczka czy kredyt, więc należy korzystać z niej z dużą uwagą i odpowiedzialnością – podkreśla Marcin Czugan z ZPF.

Źródło: Związek Przedsiębiorstw Finansowych w Polsce.

Przepisy, które zmieniają polski e-handel

adeolu-eletu-38649-unsplash
Nowe przepisy nazywane potocznie dyrektywą cyfrową i towarową weszływ życie wraz z początkiem 2023 roku. – Te regulacje będą miały spore znaczenie dla e-sprzedawców i dostawców treści (contentu) – mówi Rafał Malujda, radca prawny IdoSell.

W polskim prawie pojawia się coraz więcej regulacji, które mają usystematyzować przepisy związane ze sklepami internetowymi i sprzedażą online. Już od kilku miesięcy głośno jest o unijnej dyrektywie Omnibus. Niedawno Sejm uchwalił, że wraz z początkiem 2023 roku w życie wejdzie zmieniona ustawa o prawach konsumenta, a w niej dwie dyrektywy – cyfrowa i towarowa. Obie będą miały duży wpływ na krajowy rynek e-commerce. Co nowe przepisy oznaczają dla sprzedawców i konsumentów?

– Dyrektywy cyfrowa i towarowa zaznaczą się grubą kreską w polskim e-commerce. Zmiany dotkną przede wszystkim obowiązków, które mają sprzedawcy i twórcy contentu – podkreśla Rafał Malujda.

Jakie więc zachodzą zmiany w polskim ustawodawstwie, dlaczego jest to istotne dla merchantów i co właściwie ulega modyfikacji?
Do tej pory sprzedawcy mieli obowiązek odpowiedzi na reklamację w ciągu 30 dni. Teraz ten czas ma się skrócić do 14 dni.

– Jeśli w ciągu tego czasu sprzedawca lub dostawca usługi czy treści cyfrowej nie ustosunkuje się do reklamacji, to oznacza to, że tę reklamację uwzględnił – wyjaśnia Rafał Malujda.
Kolejna nowość związana jest z odpowiedzialnością (rękojmią) za wady. W przypadku towarów, przedsiębiorca będzie odpowiadał za wady towaru ujawnione w przeciągu dwóch lat od daty jego dostarczenia.

– Przyjmować się będzie, że wady ujawnione w tym terminie istniały w momencie dostarczenia towaru – podkreśla Rafał Malujda.

W przypadku treści i usług cyfrowych, przedsiębiorca także będzie odpowiadał za wady ujawnione w przeciągu dwóch lat od ich dostarczenia. Jednak domniemanie braku zgodności treści lub usługi cyfrowej z umową będzie obowiązywało tylko na poziomie jednego roku od momentu dostarczenia treści. Podobna regulacja obowiązuje obecnie w zakresie rzeczy.

– Jeżeli miałoby być inaczej, sprzedawca musi wykazać, że nie zataił tego i ta wada powstała później. Przy contencie cyfrowym jest to trochę inaczej – ze względu na jego specyfikę termin domniemania wadliwości jest krótszy – wylicza Rafał Malujda.

Przepisy dyrektyw wprowadzają dużo zmian na poziomie ustawy o prawach konsumenta, natomiast w jakimś zakresie operują tą siatką pojęciową, którą znamy z dotychczasowych przepisów, chociażby z obecnej regulacji rękojmi za wady rzeczy – czyli zgodność, niezgodność z umową. Konsumenci wiedzą, że mogą żądać usunięcia wady, wymienić towar na nowy, ewentualnie żądać obniżenia ceny lub odstąpić od umowy i żądać zwrotu całej wartości, jeśli produkt jest wadliwy.

– Ta konstrukcja mniej więcej ulega zachowaniu, w szczególności przy towarach. Przy usługach cyfrowych wprowadza nową kategorię – niezgodność usługi cyfrowej z umową i doprowadzenie do zgodności z umową usługi cyfrowej. Doprecyzowaniu ulega to, w jakiej sytuacji, czego i kiedy możemy żądać, a kiedy odpowiedzialność jest wyłączona– tłumaczy Rafał Malujda.

Całkowitą nowością w przepisach jest pojawienie się kategorii towarów z elementami cyfrowymi („smart”), czego przykładem może być np. inteligentny zegarek. W takim przypadku sam zegarek należałoby uważać za towar z elementami cyfrowymi mogący pełnić swoje funkcje wyłącznie z aplikacją, która udostępniana jest na podstawie tej samej umowy sprzedaży, ale którą konsument musi pobrać na smartfon – aplikacja byłaby wówczas wzajemnie połączonym elementem cyfrowym.

W nowych przepisach poruszona zostanie również kwestia handlu danymi osobowymi. Obecnie jest to już dopuszczalne, np. wymiana danych za dostęp do usługi i możliwość wysyłki przez przedsiębiorcę e-mali marketingowych. Tu doprecyzowaniu zostaną sytuacje, które nie podlegają regulacji ustawy o prawach konsumenta (np. udostępnienie danych w celu wykonania umowy).

W nowych przepisach doprecyzowaniu ulega również kwestia publicznych zapewnień, akceptacji określonych braków w towarze czy usłudze ze strony konsumenta.

– Z  drugiej strony akceptacji przedsiębiorcy wymaga chociażby to, że termin dostarczenia lub określone właściwości są istotne dla konsumenta. To wszystko sprawia, iż oświadczenia działów sprzedaży na czatach i zawieszonych na stronach sklepów komunikatorach, będą miały coraz większe znaczenie – mówi Rafał Malujda.

Źródło: IdoSell.

Black Week przychylny deweloperom – listopadowe wyniki sprzedaży wyższe o ponad 9%

Bez tytułu
Black Week przychylny deweloperom – listopadowe wyniki sprzedaży mieszkań w 2022 roku były wyższe o ponad 9%. Z danych portalu mieszkaniowego tabelaofert.pl za listopad tego roku wynika, że łączna sprzedaż nowych mieszkań na siedmiu największych rynkach w Polsce wzrosła w listopadzie o 9,2% w stosunku do października. Wzrosty te zaobserwowano we wszystkich analizowanych miastach. Jednak w porównaniu z listopadem ubiegłego roku jest to spadek o prawie 34%. Ceny natomiast stoją w miejscu.

W listopadzie na siedmiu największych rynkach w Polsce: Warszawie, Krakowie, Wrocławiu, Poznaniu, Łodzi, Katowicach oraz Trójmieście, sprzedano łącznie ponad 3 162 mieszkań, co stanowi wzrost o 9,2% w stosunku do października, ale spadek o 33,8% w stosunku do analogicznego miesiąca ubiegłego roku. Największe wzrosty w stosunku do poprzedniego miesiąca zanotowano w Poznaniu (18,3%), a najmniejsze w Katowicach (5,3%). Z kolei największy spadek rok do roku zanotowano w Łodzi (-41,8%), a najmniejszy we Wrocławiu (-23,3%). Łączna sprzedaż w listopadzie była większa o 266 mieszkań niż w październiku, ale o 1 618 mieszkań mniejsza niż w listopadzie 2021 roku.

– Listopad to kolejny miesiąc, w którym sprzedaż nieznacznie rośnie, niemniej jednak wolumeny sprzedaży są wciąż o wiele niższe od ubiegłorocznych – zauważa Robert Chojnacki, założyciel serwisu tabelaofert.pl. W dalszym ciągu najchętniej kupowane są mieszkania gotowe, które stanowiły większość sprzedaży w ubiegłym miesiącu. Tam gdzie projekt ma odległy termin oddania, zainteresowanie klientów jest dużo mniejsze – dodaje Robert Chojnacki.

Portal mieszkaniowy tabelaofert.pl opublikował także dane dotyczące cen sprzedanych mieszkań. Wynika z nich, że ustabilizowały się one, a zmiany w stosunku do ubiegłego miesiąca są symboliczne.

Publikowane ceny mieszkań nie uwzględniają powszechnie udzielanych obecnie rabatów oraz czasowych promocji – zaznacza Robert Chojnacki. Analizując dane o sprzedaży i cenach za ostatnie miesiące można z całą pewnością stwierdzić, że oczekiwany przez niektórych spadek cen nie nastąpił – i już widać, że szybko nie nastąpi. Nie znam żadnego nowego projektu deweloperskiego, który zostałby wprowadzony na rynek po cenach niższych niż w jego najbliżej okolicy – dodaje Robert Chojnacki.

– Obserwujemy powolny powrót na rynek inwestorów, którzy widząc, że ceny nie spadają i nie ma nowej oferty, starają się wykorzystać czas obecnych promocji. W listopadzie po raz pierwszy od pół roku mieliśmy klientów, którzy kupowali po kilka mieszkań w jednej inwestycji – zauważaKatarzyna Tworska, dyrektor zarządzająca redNet 24, firmy specjalizującej się w sprzedaży mieszkań deweloperskich.

Źródło: REDNET 24, tabelaofert.pl 

W jaki sposób zmniejszyć koszty ogrzewania nieruchomości?

01_12_ac-anlage-img_0413
Instalacje sanitarne to swoisty krwiobieg naszego domu, na który składają się systemy centralnego ogrzewania, wodno-kanalizacyjne, a coraz częściej także wentylacji mechanicznej i klimatyzacji. Choć nie wysuwają się na pierwszy plan, to właśnie od ich bezawaryjnego i wydajnego funkcjonowania zależy komfort mieszkańców. Co zrobić, by podnieść sprawność, zwiększyć bezpieczeństwo użytkowania i wyeliminować hałas mogący powstawać podczas ich funkcjonowania?

Spis treści:
Podwyższone bezpieczeństwo użytkowania
Jak zmniejszyć koszty ogrzewania?
Cisza przyjemna dla ucha

Choć każda z domowych instalacji ma swoją specyfikę, to na pytanie o możliwość zwiększenia potencjału wydajności, żywotności i komfortu akustycznego odpowiedź będzie taka sama – systemy izolacyjne.

Podwyższone bezpieczeństwo użytkowania

Jednym z najważniejszych powodów, dla których warto odpowiednio zaizolować domowe instalacje, jest wsparcie ich bezawaryjnego użytkowania. Pęknięta rura to jeden z największych koszmarów, jakie mogą się przydarzyć w mieszkaniu, a skutki zalania to często zarówno duże koszty, jak i poważny remont. Przyczyny awarii są oczywiście różne, ale jednymi z najczęstszych są korozja i osłabienie materiału, z którego wykonane są rury lub przewody. Skutecznym rozwiązaniem, które może uchronić przed takim scenariuszem, są izolacje zapobiegające przedostawaniu się wilgoci i jej skraplaniu na powierzchni instalacji. Izolacje ArmaFlex marki Armacell posiadają wysoki współczynnik odporności na dyfuzję pary wodnej, dzięki czemu powierzchnia ochranianych instalacji pozostaje sucha, a tym samym jest mniej narażona na rdzewienie. Komórkowa i elastyczna struktura tego materiału ułatwia też jego dopasowanie nawet do skomplikowanych kształtek, co poprawia szczelność i gwarantuje skuteczność działania. Dodatkowym wyróżnikiem produktów ArmaFlex jest system ochrony mikrobiologicznej aktywnie zapobiegający rozwojowi bakterii i grzybów.

Jak zmniejszyć koszty ogrzewania?

Odpowiednio dobrane izolacje są również wsparciem w ograniczeniu kosztów użytkowania budynku – zwłaszcza w przypadku instalacji centralnego ogrzewania, gdzie zapewnienie odpowiedniej temperatury czynnika grzewczego wiąże się z dużym wydatkiem energetycznym. Ważne jest nie tylko podgrzanie wody w zbiorniku, ale także utrzymanie jej temperatury po doprowadzeniu do grzejników. Jeżeli odda część swojego ciepła po drodze, np. na odcinkach rur biegnących w piwnicy lub na strychu, ogrzaniem będą objęte przestrzenie, które tego nie wymagają, co jednocześnie zmniejszy sprawność całego systemu.

Dla ochrony termicznej systemów C.O. warto wykorzystać np. izolacje Tubolit, które dzięki niskiej przewodności cieplnej wspierają redukcję strat energetycznych nawet na poziomie 90%. To nie tylko oszczędność dla portfela, ale także redukcja emisji CO2, co pomoże zmniejszyć nasz wpływ na środowisko naturalne. W miejscach o ograniczonej przestrzeni – np. w przypadku, gdy rury przebiegają podtynkowo lub w warstwach podłogi, sprawdzi się wersja S i S Plus izolacji Tubolit, której grubość została zoptymalizowana pod kątem zmniejszenia grubości i która jest odporna na nacisk wylewki i wierzchnich warstw posadzkowych.

Cisza przyjemna dla ucha

Zarówno izolacje ArmaFlex, jak i Tubolit posiadają komórkową strukturę materiału – na bazie syntetycznego kauczuku w przypadku produktów ArmaFlex i pianki polietylenowej, z której produkowane są wyroby Tubolit. Taka budowa zapewnia dodatkową korzyść: znakomicie absorbuje dźwięki materiałowe, dzięki czemu hałasy i wibracje powstające od instalacji rurowej prowadzonej w ścianach są skutecznie redukowane i w znacznie mniejszym stopniu zakłócają ciszę w pomieszczeniach użytkowych.

Źródło: Armacell.

Dyrektywa work-life balance – co oznacza dla pracowników oraz pracodawców?

ben-rosett-10614-unsplash
Dyrektywa work-life balance – co oznacza dla pracowników oraz pracodawców? Chociaż projekt zmian w Kodeksie pracy wynikających z wdrożenia dwóch dyrektyw: Dyrektywy 2019/1152 w sprawie przejrzystych i przewidywalnych warunków pracy oraz Dyrektywy 2019/1158 w sprawie równowagi między życiem zawodowym a prywatnym rodziców i opiekunów (tzw. work-life balance), nadal nie został przyjęty, to jego zapisy budzą duże zainteresowanie na rynku pracy. Wg ekspertów szeroka implementacja dyrektywy to z jednej strony nowe, oczekiwane przez pracowników uprawnienia, z drugiej natomiast szereg wyzwań dla firm ich zatrudniających, na które warto się odpowiednio wcześnie przygotować.

W rzeczywistości mówimy o dwóch nowych dyrektywach: w sprawie przejrzystych i przewidywalnych warunków pracy oraz w sprawie równowagi między życiem zawodowym a prywatnym rodziców i opiekunów. – Z punktu widzenia pracownika, kluczowe zmiany mają dotyczyć czasu trwania umów na okres próbny, zakresu informacji przekazywanych nowozatrudnionym pracownikom oraz szerszej ochrony – w kontekście dodatkowych dni wolnych w ramach urlopu opiekuńczego i zwolnienia od pracy, jak również urlopów związanych z rodzicielstwem. Ponadto pracodawcy będą zobowiązani wskazać przyczynę rozwiązania umowy o pracę zawartej na czas określony oraz informować osoby zatrudnione o możliwościach awansu i wolnych stanowiskach, a także umożliwić raz w roku zmianę warunków zatrudnienia. Projekt potwierdza także możliwość pozostawania pracownika w stosunku pracy (albo cywilnoprawnym) z inną firmą. Sam fakt dodatkowego zatrudnienia nie będzie mógł stanowić przyczyny rozwiązania umowy o pracę – wyjaśnia adwokat CMS Maciej Andrzejewski, specjalizujący się w prawie pracy.

Oczywiście zmiany te będą miały istotny wpływ na podejście do poszczególnych kwestii pracowniczych zespołów HR, obligując je do zmiany polityki firm w kluczowych obszarach. – Dyrektywa oznacza m.in. koniec łatwo rozwiązywalnych umów na czas określony – pracodawca będzie więc musiał wskazać konkretne powody swojej decyzji. Natomiast w przypadku pracowników podlegających szczególnej ochronie, samo podejmowanie prób przygotowań do rozwiązania umowy będzie zakazane. Wyzwaniem może okazać się również uzasadnianie odmowy zmiany warunków zatrudnienia. Za niespełnienie nowych obowiązków pracodawcy będą groziły sankcje za naruszenie nowych przepisów prawa pracy. Kluczowe więc pozostaje podjęcie już teraz działań przygotowawczych, ukierunkowanych na przygotowanie dokumentacji pracowniczej spełniającej wymogi dyrektywy – w szczególności regulaminu pracy. Chodzi m.in. o zmiany w rozdziałach dot. urlopów i uprawnień związanych z rodzicielstwem, zapisy dot. podstawowych obowiązków pracownika oraz warunków zatrudnienia, wzór informacji o możliwości awansu i wolnych stanowiskach, przykładowe uzasadnienie odmowy zmiany warunków zatrudnienia oraz oczywiście nowe wnioski urlopowe – dodaje adwokat CMS.

W kontekście kluczowego celu implementacji dyrektywy – czyli zapewnienia work-life balance, pozostaje pytanie, czy nowe przepisy rzeczywiście wpłyną na wellbeing pracowników?

– Tutaj na chwilę musimy się zatrzymać, bo przecież zmiany przepisów nie zapewnią, że temat dobrostanu zostanie automatycznie rozwiązany. Rozwiązania prawne to tylko jeden z podstawowych elementów. Jeśli pracodawca chce być konkurencyjny na rynku, zatrudniać „nowe talenty”, musi wprowadzić coś więcej, niż tylko to, co będzie obligatoryjne. Badania ICAN Research (2022, ICAN Management Review, II-III 202) na temat „Cech idealnego pracodawcy” jasno pokazują, że wśród tych cech na pierwszym miejscu jest szeroko rozumiane dbanie o pracowników. Wynika więc z tego jasno, że szeroko rozumiany wellbeing może być podstawą wyboru przyszłego pracodawcy – mówi Marek Błądek, Trener Wellbeing W&W Consulting.

Źródło: W&W Consulting.

Jaki jest nowy zawód przyszłości?

PompyCiepla_Euros_Energy
Jaki jest nowy zawód przyszłości? Instalator pomp ciepła to nowopowstały zawód, który obecnie cieszy się popularnością.

Należy pamiętać, że ta dziedzina ma swoją specyfikę. Aby dobrze wykonać instalację pompy ciepła, nie wystarczy przyswoić kilka podstawowych informacji. Niezbędne są profesjonalne kwalifikacje.
Klienci coraz częściej szukają więc instalatorów, którzy są w stanie udokumentować swoje kwalifikacje. Obecnie monter pomp ciepła może zdobyć dwa takie obiektywne – niezwiązane z konkretnymi producentami – certyfikaty.

Dynamicznie rozwijający się rynek pomp ciepła coraz bardziej potrzebuje wykwalifikowanych specjalistów – od inżynierów, przez pracowników produkcji, po monterów. Odpowiednio przygotowani instalatorzy pomp ciepła są wręcz rozchwytywani. Z pewnością mogą liczyć na wiele zleceń i dobre zarobki. To zawód na lata. Trzeba jednak pamiętać, że kluczowe jest odpowiednie przygotowanie i doświadczenie – podkreśla Paweł Poruszek, Prezes Zarządu Euros Energy, firmy propagującej nowoczesną energetykę oraz producenta ekologicznych rozwiązań instalacyjnych.

Spowolnienie w sektorze budowlanym widoczne gołym okiem

guilherme-cunha-222318-unsplash
Branża budowlana ma za sobą trudny rok, jednak mimo wielu problemów i negatywnych zjawisk, część inwestycji jest nadal realizowana, a nawet planowane są kolejne. Ich zakończenie w terminie może być trudne i to nie z powodu sytuacji gospodarczej.

Jak wynika z raportu Grupy Progres – mamy do czynienia z deficytem pracowników w sektorze budowlanym, mimo że – w porównaniu z analogicznym okresem rok wcześniej – na przełomie grudnia 2022 i stycznia 2023 zanotowano spadek liczby rekrutacji aż o 40 proc.

  • Mimo że potrzeby rekrutacyjne budowlanki są mniejsze niż przed rokiem, to z niedoborami kadrowymi zmaga się większość firm z tej branży.

  • Największy deficyt kadrowy dotyczy nie tylko robotników budowlanych dedykowanych do prostych prac. Jest też ogromny problem ze znalezieniem fachowców.

  • Powody braków kadrowych w budownictwie to m.in. niewystarczające zarobki, ciężkie warunki pracy i wymagany dobry stan zdrowia. Co więcej, chętni nie mają wystarczających umiejętności albo ich wiedza jest nieaktualna.

2022 rok upłynął branży budowlanej pod znakiem wyzwań związanych z bezprecedensowym wzrostem cen. Inflacja i rekordowe koszty negatywnie odbiły się na rentowności realizowanych inwestycji. Może się jednak okazać, że to nie koniec tego trudnego dla budowlanki czasu. Na horyzoncie pojawił się inny problemem – brak rąk do pracy, mimo że potrzeby rekrutacyjne są mniejsze niż przed rokiem. Z niedoborami kadrowymi zmagają się zarówno firmy budujące domy i mieszkania, jak i obiekty przemysłowe, magazynowe czy realizujące inwestycje drogowe. Bez względu na wielkość prowadzonego biznesu i rodzaj inwestycji, znalezienie odpowiedniej osoby na sezon wiosenny okazuje się dużym wyzwaniem.

– Z jednej strony obserwujemy wyraźne spowolnienie w wielu firmach z branży budowlanej, która skończyła rok z największym od 2 lat minusem – wskaźnik koniunktury w budownictwie w grudniu 2022 r. wyniósł minus 23,9, a w listopadzie – minus 22,6. Coraz bardziej pesymistyczne są też prognozy dla tego sektora. Co więcej, na przełomie grudnia 2022 i stycznia 2023 spadek liczby rekrutacji w budowlance – w porównaniu z analogicznym okresem rok wcześniej – wynosi aż 40 proc. Jednak, mimo trudnej sytuacji, wiele przedsiębiorstw nadal działa i jeśli nie planuje nowych inwestycji, to chce dokończyć te już rozpoczęte, najlepiej bez opóźnień powodujących kolejne niepotrzebne koszty. Żeby osiągnąć swój cel, potrzebują ludzi do pracy, a tych brakuje. Największy deficyt kadrowy dotyczy nie tylko robotników budowlanych dedykowanych do prostych prac. Jest też ogromny problem ze znalezieniem fachowców – mówi Cezary Maciołek, prezes Grupy Progres.

Według ostatniego Barometru zawodów w 2023 roku na nadmiar ofert pracy będą mogli liczyć: cieśle i stolarze budowlani, dekarze i blacharze budowlani, elektrycy, elektromechanicy, elektromonterzy, monterzy instalacji budowlanych, murarze, tynkarze, operatorzy i mechanicy sprzętu do robót ziemnych, pracownicy robót wykończeniowych w budownictwie, robotnicy budowlani, spawacze, ślusarze. Osób w wymienionych zawodach po prostu brakuje i znalezienie ich będzie stanowić dla pracodawców prawdziwe wyzwanie. Braki kadrowe w budowlance to jednak nie nowość. Deficyty kandydatów w poszczególnych zawodach występowały też w latach ubiegłych. Co więcej, w 2022 roku lista deficytowych profesji była dłuższa o betoniarzy i zbrojarzy.

Mimo kryzysu branża budowana nadal ma wolne stanowiska do obsadzenia. Co więcej, miejsce zlikwidowanych zajmują te nowoutworzone. Według BNF (internetowa baza firm i przedsiębiorstw) w ubiegłym roku w budownictwie otworzyło się 66 973 nowych podmiotów – najwięcej wśród trzech największych grup branżowych. Tylko w III. kwartale ubiegłego roku zlikwidowano 8 094 miejsca pracy przy 15 294 nowopowstałych, co daje branży budowlanej 4. miejsce – za handlem, edukacją i przetwórstwem przemysłowym (dane GUS).

Jak podaje Główny Urząd Statystyczny, przeciętne zatrudnienie w branży budowlanej w pierwszych trzech kwartałach 2022 roku wyniosło 428,3 etatów, niemal wyłącznie w jednostkach samofinansujących (427,4).

Nie brakuje też zajęć do wykonywania. Każda z zatrudnionych osób przepracowała średnio 1 339 godzin (I-III kw. 2022). Jeśli chodzi o zarobki w tym okresie, to największą grupę pracowników (67,3 proc.) stanowią ci, których wynagrodzenie było wyższe niż 6000 zł brutto. Drugi, co do wielkości, przedział zarobków, tj. 5000,01 zł – 6000 zł, dotyczy 14,4 proc. pracowników. 4,8 proc. pracowników znalazło się w grupie z zarobkami pomiędzy 3010,01zł – 3500zł. Między 4500,01 zł – 5000 zł zarobiło 4,9 proc. osób, tyle samo mogło liczyć na wynagrodzenie w przedziale pomiędzy 4000,01 zł a 4500 zł.

Jak wynika z raportu Grupy Progres, jednym z najczęściej wymienianych powodów braków kadrowych w budownictwie jest niechęć samych kandydatów do podjęcia tego rodzaju pracy, spowodowana m.in. niewystarczającymi zarobkami, ale także ciężkimi warunkami pracy, wymaganymi sprawnością fizyczną i dobrym stanem zdrowia. Z drugiej strony chętni nie mają konkretnych lub wystarczających umiejętności albo ich wiedza jest nieaktualna. Nie bez znaczenia jest też fakt, że sektor budowlany, z uwagi na specyfikę zlecanych zadań, oferuje pracę przede wszystkim mężczyznom, a tych na rynku również brakuje.

Udział budownictwa w polskim PKB jest wysoki, mieści się między 8 a 9,5 proc., czyli na poziomie średniej unijnej. Co więcej, działalność budowlana jest jednym z najistotniejszych kreatorów popytu dla innych sektorów gospodarki – od przemysłu poprzez usługi i handel.

– To ewidentny kłopot, ponieważ całe środowisko okołobudowlane siłą rzeczy dostaje rykoszetem. Paradoks polega na tym, że dla firm, które produkują dla branży budowlanej chociażby takich, jak stolarstwo okienne, branża meblarska, producenci drzwi, mebli, branża ceramiczna, kleje, kafle, montażyści – pracy brakuje. Natomiast tu, gdzie jest co robić, brakuje pracowników. Najbliższe miesiące pokażą, jak rynek poradzi sobie z tą sytuacją – podsumowuje Cezary Maciołek, prezes Grupy Progres.

Źródło: Grupa Kapitałowa Progres.

Trudne czasy dla branży budowlanej. Jak z sytuacją radzą sobie generalni wykonawcy?

32e022c4cbd8a631c353a058622bfcc2
Branża budowlana była postrzegana jako jedna z nielicznych, które w pierwszej fazie pandemii wyjątkowo dobrze radziły sobie z nowymi wyzwaniami. Z czasem jednak problemy dotknęły także ją. Pogłębiający się od lat deficyt wykwalifikowanych pracowników, zatory płatnicze, ale przede wszystkim galopujący wzrost cen materiałów budowlanych oraz rosnące koszty pracy – to najważniejsze wyzwania, z jakimi muszą dziś mierzyć się generalni wykonawcy. Tym działającym w sektorze budownictwa przemysłowego sprzyja dobra koniunktura na rynku magazynowym i niesłabnący popyt na nową przestrzeń. Co jeszcze im pomaga, a co jest dla nich nowym zagrożeniem?

Spis treści:
Elastyczność – fundament udanego projektu
Ale elastyczność w podejściu do realizacji zamówień to nie wszystko. Co jeszcze wpływa na efektywne budowanie?

Branża budowlana dawno nie była w tak trudnej sytuacji – producenci materiałów budowlanych, a także firmy wykonawcze przechodzą szybki sprawdzian umiejętności dostosowania się do nowej rzeczywistości. Do problemów, z jakimi zmagają się od kilkunastu miesięcy, dochodzi w ostatnim czasie wysoka inflacja oraz rosnące stopy procentowe – to wszystko skutecznie schładza nastroje inwestycyjne w Polsce, szczególnie w sektorze mieszkaniowym. Odczuwają to zarówno deweloperzy, jak i firmy wykonawcze.

Nieco lepiej sytuacja wygląda w sektorze budownictwa przemysłowego – specjaliści prognozują utrzymanie w najbliższych latach popytu na powierzchnie magazynowe i produkcyjno-magazynowe w Polsce. Potwierdzają to dane z rynku za III kwartał ubiegłego roku, które mówią o nowej oddanej do użytkowania przestrzeni na poziomie 1,2 mln mkw. To wolumen podobny do notowanego w dwóch pierwszych zeszłorocznych kwartałach, więc o spadku na razie nie może być mowy. Mimo optymistycznych prognoz, generalni wykonawcy obiektów przemysłowych wolą patrzeć w przyszłość z rezerwą i dbać o te aspekty swojej działalności, na które mają realny wpływ. Mowa o relacjach biznesowych i wyborze takich dostawców, którzy gwarantują elastyczność dostaw, kompleksowość oferty oraz partnerstwo w rozwiązywaniu branżowych wyzwań.

Elastyczność – fundament udanego projektu
Rynek magazynowy w Polsce rośnie w tempie, jakiego nie znaliśmy. Całkowita podaż powierzchni sięgnęła na koniec III kwartału 2022 r. 27 mln mkw., a rosnący wciąż popyt ze strony inwestorów tylko napędza budowę nowych hal przemysłowych. Ale wraz z rosnącym popytem, rosną także wymagania przyszłych użytkowników takich obiektów. Dotyczą one zarówno konieczności wykorzystania w procesie budowy materiałów i rozwiązań technologicznych ograniczających ślad węglowy, jak i kwestii estetycznych, związanych z przyszłym wyglądem hali – chodzi tu głównie o obiekty dla logistyki ostatniej mili budowane na terenach miast.
Oba wymienione wymagania dotyczą kluczowego elementu obiektów kubaturowych, jakim są płyty warstwowe.

– Prowadząc w tym samym czasie kilka dużych projektów budowlanych musimy opierać się na współpracy z dostawcami płyt ściennych, którzy są w stanie odpowiedzieć na nasze wysokie, ale często także zróżnicowane zapotrzebowanie materiałowe. Taki model współpracy zapewnić może jedynie firma działająca na dużą skalę, która jest w stanie elastycznie wykorzystać swój park maszynowy, a tym samym szybko zareagować na pojawiające się z naszej strony priorytetowe zamówienia oraz na ewentualne zmiany w zleconych już do realizacji projektach. A takich sytuacji w nieprzewidywalnych czasach, w jakich teraz funkcjonujemy, nie brakuje – mówi Katarzyna Malinowska-Solarek, współwłaścicielka Commercecon.

Warto jednak zauważyć, że w przypadku płyt warstwowych, elastyczność produkcji wcale nie jest taka oczywista.
– Zgadza się. Warto po krótce przedstawić proces ich produkcji. Jeśli chodzi o płyty warstwowe z rdzeniem z pianki poliizocyjanurowej (PIR) produkcja polega na wtryskiwaniu zmieszanych komponentów, tworzących następnie sztywny rdzeń, pomiędzy dwie przesuwające się w sposób ciągły taśmy stalowe (z uprzednio ukształtowanymi krawędziami i zarysem głównym), z jednoczesnym aplikowaniem uszczelki i folii aluminiowej w styk wzdłużny. Natomiast w przypadku płyt z rdzeniem z wełny mineralnej – na wprowadzaniu odpowiednio przygotowanych lamel pomiędzy dwie okładziny i łączeniu ich poprzez podanie kleju poliuretanowego.
Płyty mogą być spersonalizowane jeśli chodzi o kolor, rodzaj profilu, grubość oraz długość wyrobu, natomiast kształt zamków (połączeń między płytami) pozostaje niezmienny. Tak samo wykorzystywane materiały rdzenia. Warto natomiast zaznaczyć, że posiadamy zróżnicowane profilowanie okładzin, a także oferujemy szeroki wybór powłok ochronnych. Linia produkcyjna o prędkości do 15 m.b./min. posiada tzw. CONTIMAT o długości 45 m. Dzięki temu osiąga znacznie wyższą wydajność produkcji oraz bardzo wysoką jakość wytwarzanych płyt. W hali magazynowej przylegającej bezpośrednio do części produkcyjnej, płyty składowane są przez kolejne 24 godziny celem osiągnięcia pełnej stabilizacji wymiarowej i mechanicznej. Dopiero po tym czasie mogą zostać wysłane do odbiorców – tłumaczy mgr inż. Piotr O. Korycki, Pełnomocnik Zarządu ds. Wdrożeń w firmie Pruszyński.

Ale elastyczność w podejściu do realizacji zamówień to nie wszystko. Co jeszcze wpływa na efektywne budowanie?

Kompleksowość oferty dostawców kluczem do szybkiej realizacji budowy
Budownictwo przemysłowe znalazło się dziś w niecodziennej sytuacji. Z jednej strony zmaga się z szeregiem wspomnianych wcześniej problemów, z drugiej – otworzyła się przed nim ogromna szansa na rozwój. Popyt na nową przestrzeń magazynową od ponad dwóch lat bije rekordy, a deweloperzy nieustannie poszukują generalnych wykonawców, którzy będą w stanie w krótkim czasie wybudować i oddać do użytkowania nowoczesny obiekt magazynowy. Czy pogodzenie tych dwóch aspektów jest możliwe? – Jest możliwe, choć w obecnej sytuacji na rynku budowlanym wydaje się ogromnym wyzwaniem. Projekt budowy hali przemysłowej podzielony jest na kilka etapów i znaczące przyspieszenie robót wcale nie jest łatwe – nawet w sprzyjających warunkach, a co dopiero w sytuacji, w której znalazła się nasza branża. Problem szybko rosnących cen materiałów, a często po prostu brak ich dostępności, powodują, że utrzymanie optymalnego tempa prac wymaga dziś od nas bardzo zręcznego zarządzania procesem zakupowym, podejmowania trudnych, niekiedy ryzykownych decyzji, ale przede wszystkim współpracy ze sprawdzonymi i rzetelnymi dostawcami – wyjaśnia Katarzyna Malinowska-Solarek.

W kontekście presji czasowej, jaką deweloperzy oraz inwestorzy wywierają na generalnych wykonawców, dobry dostawca materiałów budowlanych to nie tylko taki, który dostarczy zamówiony towar na czas. W cenie są ci, którzy jednocześnie zaoferują innowacyjne i kompleksowe rozwiązania, dzięki którym proces budowy będzie szybki i prosty, a powstający obiekt wpisze się nie tylko w nowe warunki techniczne, jakim powinny odpowiadać budynki i ich usytuowanie, ale także w wiele innych aspektów energooszczędności. – Firma Commercecon często w swoich realizacjach wykorzystuje nasze płyty warstwowe. Wiemy, że poza ich wysokimi właściwościami technicznymi, Klient docenia także kompleksowość tego rozwiązania. Płyty warstwowe to przede wszystkim prosty i szybki montaż, co dla generalnych wykonawców obiektów przemysłowych jest kluczowe z punktu widzenia tempa realizacji inwestycji. Optymalnie ukształtowane zamki zapewniają łatwe i sprawne łączenie płyt ze sobą na placu budowy. Niedawno wprowadzone przez nas nowe płyty PWS2-MW posiadają udoskonalony zamek. Został on zaprojektowany tak, by możliwe było łączenie płyt z rdzeniem z wełny mineralnej oraz płyt z rdzeniem typu PIR – dzięki temu w różnych częściach obiektu izolacja cieplna i akustyczna może być inna, dopasowana do wymagań formalnych oraz potrzeb klienta – wyjaśnia ekspert firmy Pruszyński.
Partnerstwo w biznesie ważniejsze niż kiedyś?

Słowo „partnerstwo” w branży budowlanej nabiera dziś nowego znaczenia. Z punktu widzenia generalnego wykonawcy, biznesowy partner to ktoś, kto rozumie nasze potrzeby i – wykorzystując swój potencjał – jest w stanie celnie na nie odpowiedzieć. Mówiąc o dostawcach materiałów budowlanych to także ktoś, kto nie znika w momencie dostarczenia towaru, ale wspiera wykonawcę fachową wiedzą podczas całego procesu budowy, a także na późniejszym etapie eksploatacji budynku.

Firma Commercecon znana jest na rynku z wysokiej jakości prowadzonych robót oraz z terminowego oddawania obiektów do użytkowania, co sprawia, że otrzymuje wiele zapytań ofertowych. Ale, jak zaznacza Katarzyna Malinowska-Solarek, takiej renomy nie byłaby w stanie zbudować, gdyby nie partnerskie relacje z podwykonawcami oraz dostawcami, dla których dbanie o jakość oraz wykonanie usługi na czas lub terminowe dostarczenie materiałów są także podstawowymi wartościami. Wybór firmy Pruszyński był zatem dla generalnego wykonawcy naturalny. – To producent od lat działający na ogromną skalę, który przy tym z troską i uwagą podchodzi do swoich klientów, niezależnie od tego czy są nimi odbiorcy indywidualni czy generalni wykonawcy obiektów komercyjnych, tacy jak my. Szanuje nasze decyzje, ale jednocześnie nie boi się nas przekonywać do nowych, często innowacyjnych, choć także i droższych rozwiązań, które ocenia jako bardziej efektywne – wyjaśnia.

Jak zaznacza Piotr O. Korycki, firma Pruszyński od początku działalności uważnie wsłuchuje się w potrzeby rynku i stara się precyzyjnie na nie odpowiadać. – Ale wiedza, jaką czerpiemy z rozmów z naszymi Klientami pozwala nam także wyznaczać nowe kierunki rozwoju wyrobów budowlanych. Innowacje dotyczą zarówno aspektów technicznych, jak i estetycznych. Doskonałym przykładem jest szeroka oferta blachodachówek panelowych, wspomniane wcześniej płyty warstwowe, a także stalowe pokrycia elewacyjne, takie jak kasetony, panele czy blachy trapezowe. Estetykę zapewniają wysokiej jakości powłoki: od poliestrowych, przez hybrydowe, aż po poliuretanowe, na które udzielamy nawet do 50 lat gwarancji.
Czarne chmury, jakie zgromadziły się nad branżą budowlaną nie dają uczestnikom tego rynku wielu powodów do optymizmu. Czy wspólnie stawiając czoło problemom uda im się przetrwać ten trudny moment? Czas pokaże.

Źródło: Commercecon.

Sondaż: Ponad 44 proc. Polaków jest za zaostrzeniem kar za kradzieże sklepowe

kradziez-sklepowaPonad 44% Polaków uważa, że rząd powinien jeszcze bardziej zaostrzyć kary wobec osób kradnących w sklepach. Przeciwnego zdania jest przeszło 21% respondentów. Natomiast co siódmy uczestnik sondażu sugeruje, że zamiast większych kar należy postawić na edukację. Wśród zwolenników zaostrzenia prawa są głównie osoby w wieku 23-35 lat. Natomiast przeciwnikami takiej zmiany są przede wszystkim seniorzy. Tak wynika z badania przeprowadzonego przez UCE RESEARCH dla Grupy SkipWish. Pytana o komentarz do badania branża handlowa też jest za zaostrzeniem kar, ale także za obniżeniem progu, od którego kradzież jest przestępstwem. Jednocześnie przewiduje, że będzie przybywać zwolenników wyższych kar, ale samo ich podniesienie nie wyeliminuje całkowicie problemu. Przez biedę i szalejącą inflację będzie on raczej wciąż narastał.

Jak wynika z sondażu przeprowadzonego na reprezentatywnej próbie ponad tysiąca dorosłych Polaków, 44,1% respondentów uważa, że w związku z rosnącą liczbą kradzieży w sklepach, rząd powinien bardziej zaostrzyć kary wobec osób, które tego się dopuszczają. Z kolei 21,2% badanych jest przeciwnego zdania, uznając, że obecne sankcje są odpowiednie. 16,1% ankietowanych nie potrafi się określić w tej kwestii. 14,3% twierdzi, że zamiast karać, rząd powinien zastanowić się nad szerszą edukacją. Natomiast 4,3% uczestników sondażu wskazuje, że nie obchodzi ich ten problem.

– Z oficjalnych danych policyjnych wynika, że w pierwszych dziesięciu miesiącach ub.r. odnotowano więcej kradzieży w sklepach niż w analogicznym okresie 2021 roku. Liczba przestępstw wzrosła o blisko 30%, patrząc rok do roku. Z kolei zestawiając ubiegłoroczne dane z tymi z analogicznego okresu 2020 roku, widać już skok o blisko 60%. W przypadku wykroczeń nastąpił wzrost o 18%, porównując 2022 rok z 2021 rokiem. To są oczywiście mocno alarmujące wyniki, ale w obecnych czasach nie zaskakują – komentuje Maciej Tygielski, ekspert rynku retailowego, dyrektor zarządzający Grupą SkipWish.

Jak zaznacza Renata Juszkiewicz, prezes Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji (POHiD), miliony Polaków znajdują się w trudnej sytuacji materialnej. Wiele osób doświadcza skrajnego ubóstwa. Konsekwencją kryzysu są kradzieże spowodowane biedą. W odróżnieniu od poprzednich lat, łupem złodziei padają produkty żywnościowe z podstawowego koszyka. To m.in. pieczywo, masło, makarony, wędliny czy słodycze. Sprawcami są coraz częściej tzw. zwykli ludzie, którzy nigdy wcześniej nie łamali prawa. Z taką opinią zgadza się Maciej Tygielski, jednocześnie dodając, że te i tak już fatalne statystki mogą jeszcze się pogorszyć. Wpłynie na to też ostatnia zmiana w kodeksie karnym.

– Naszym zdaniem, uznanie kradzieży do 800 złotych za wykroczenie, a nie przestępstwo, kilkakrotnie podniesie wielkość strat ponoszonych przez placówki handlowe i na pewno przyczyni się do wzrostu przestępczości. Czynnikiem hamującym ją oczywiście byłoby ryzyko poniesienia bardziej dotkliwej odpowiedzialności karnej za kradzież, choć nie wykluczyłoby jej w pełni. Głównym powodem kradzieży w sklepach jest bowiem impuls – mówi Tadeusz Zagórski, prezes zarządu Naczelnej Rady Zrzeszeń Handlu i Usług.

Według Renaty Juszkiewicz, taka przewaga zwolenników zaostrzenia kar za kradzieże nad przeciwnikami tego rozwiązania świadczy o radykalizacji nastrojów społecznych. Z jednej strony może to być wyrazem poszanowania idei sprawiedliwości społecznej. Z drugiej zaś może wynikać z obaw o bezpieczeństwo własne i rodziny. Jak przekonuje prezes POHiD-u, w tym kontekście smutnym paradoksem jest uchwalenie ustawy podwyższającej próg, od którego kradzież jest przestępstwem – z 500 do 800 zł. Zdaniem prezesa Zagórskiego, zjawiskiem w pełni zrozumiałym jest to, że więcej respondentów opowiada się za zaostrzeniem kar za kradzieże. Ekspert jednak podkreśla, że wysoka kara nie przekłada się automatycznie na niższą przestępczość.

– Uważam, że szersza edukacja społeczeństwa w tym kontekście się nie sprawdzi. Po pierwsze, ludzie, którzy kradną z biedy i z głodu, raczej nie potrzebują edukacji, tylko pieniędzy lub szansy na ich zarobienie. Po drugie, trudno jest uczyć i przekonywać do zmiany kogoś, kto z kradzieży zrobił sobie sposób na wygodne życie. Mam tu na myśli członków grup przestępczych. Sama świadomość tego, że za kradzieże tak naprawdę płacą klienci, rośnie w Polsce. Konsumenci coraz częściej zdają sobie sprawę z tego, że sieci handlowe przerzucają na nich swoje straty, podnosząc odpowiednio ceny – analizuje ekspert z Grupy SkipWish.

Ponadto z sondażu wynika, że częściej za zaostrzeniem kar opowiadają się mężczyźni niż kobiety. Zwolennikami tego są głównie osoby w wieku 23-35 lat, z miesięcznymi dochodami netto na poziomie 3000-4999 zł, a także legitymujące się wykształceniem podstawowym lub gimnazjalnym. Przeważnie są to mieszkańcy miejscowości liczących od 50 tys. do 99 tys. ludności.

– Jak pokazuje badanie, wiele grup społecznych popiera zaostrzenie prawa wobec sprawców kradzieży. Przypuszczalnie jednak powody skłaniające do takich deklaracji mogą być różne. To np. pochodzenie ze środowisk reprezentujących postawy punitywne, zetknięcie się z większą skalą kradzieży w średnich i dużych miastach, lęk przed przestępczością czy ograniczone zaufanie do organów ścigania i wymiaru sprawiedliwości – stwierdza prezes Juszkiewicz.

Z badania wiemy też, że częściej przeciwnikami zaostrzenia kar są mężczyźni niż kobiety. Ponadto w ten sposób wypowiadają się głównie osoby w wieku 56-80 lat. Przeważnie tak deklarują Polacy z miesięcznym dochodem netto na poziomie 7000-8999 zł i z wyższym wykształceniem. Głównie są to mieszkańcy miejscowości liczących od 100 tys. do 199 tys. mieszkańców.

– Nieco dziwi mnie fakt, że największymi przeciwnikami zaostrzenia kar są głównie osoby starsze. Być może nie do końca poprawnie rozpoznają wagę tego problemu. Do tego uważam, że kradzieże sklepowe w dużej mierze uderzają właśnie w tę grupę społeczną, bowiem ona jest najsłabsza finansowo. Handel, przerzucając na konsumentów swoje straty, nie wybiera przecież komu podniesie ceny – zaznacza Maciej Tygielski.

Z kolei Renata Juszkiewicz podkreśla, że w miarę nasilania się problemu liczba zwolenników zaostrzenia kar może wzrosnąć. Przy zataczającym coraz szersze kręgi zasięgu kradzieży, więcej osób może zetknąć się z nią osobiście bądź paść jej ofiarą. Zdaniem prezes POHiD, z tego powodu ważne jest ustanowienie ram prawnych, które zagwarantują elementarną sprawiedliwość społeczną i zwiększą poczucie bezpieczeństwa. Takim właśnie rozwiązaniem jest obniżenie progu kradzieży.

– Według naszego środowiska, rosnąca w sposób niespotykany inflacja i ogólny wzrost kosztów życia będą prowadziły do wzrostu przestępczości sklepowej. Naturalną reakcją osób pokrzywdzonych tym zjawiskiem jest apel do rządzących o zaostrzenie odpowiedzialności karnej. I my jako organizacja handlowa też o to postulujemy. Przewidujemy również, że zwolenników surowszej odpowiedzialności karnej za kradzieże będzie przybywać. Jednakże to nie wyeliminuje tego zjawiska – twierdzi prezes zarządu Naczelnej Rady Zrzeszeń Handlu i Usług.

Jak podsumowuje Maciej Tygielski, złodziejstwo w sklepach to nie tylko problem sprzedawców, ale również samych konsumentów. A według różnych rynkowych analiz, najbardziej narażona na kradzieże jest branża spożywcza. To bardzo zła wiadomość, bo w konsekwencji wszyscy będziemy więcej płacić za żywność. Konsumenci, choć są coraz bardziej świadomi, to jednak nie wszyscy jeszcze zdają sobie sprawę z rosnących strat sklepów i z tego, że sprzedawcy będą musieli jakoś je rekompensować. Z pewnością zrobią to, podnosząc ceny produktów.

Źródło: MondayNews Polska Sp. z o.o. 

Jak wygląda rzeczywistość Dyrektywą Omnibus?

notes
Wraz z początkiem roku weszły w życie nowe przepisy implementujące dyrektywę Omnibus. W sieci pojawiły się już pierwsze informacje o promocjach, w których cena promocyjna była wyższa niż tzw. omnibusowa i trudnościach, które sprzedawcy mają podczas wdrażania zmian. – Wątpliwości jest sporo, najwięcej poruszenia wywołuje kwestia promocji – mówi Gabriela Halla-Popławska, adwokat IdoSell/IAI S.A. 
Choć o dyrektywie Omnibus mówi się już od około roku, dopiero jej wejście w życie przysporzyło wielu emocji – zarówno konsumentom, jak i przedsiębiorcom. Kupujący przyklaskują nowym zasadom, sprzedawcy są zdezorientowani.
Najwięcej, w kontekście dyrektywy Omnibus, mówi się o obowiązku informacyjnym. Chodzi o wskazanie najniższej ceny danego towaru lub usługi, która obowiązywała w okresie 30 dni przed wprowadzeniem obniżki.

– Ustawa z dnia 9 maja 2014 r. o informowaniu o cenach towarów i usług została zmieniona w sposób niejednoznaczny. Nie wiadomo do końca, zwłaszcza w przypadku e-sklepów, w jaki sposób prezentować promocje – mówi Gabriela Halla-Popławska.
Samo dostosowanie się do nowych przepisów przysparza wielu wątpliwości. Przedsiębiorcy różnie je interpretują, i tak np. w niektórych sklepach internetowych promocje oznaczane są wyłącznie na tzw. karcie towaru, czyli w miejscu, w którym klient sklepu może bezpośrednio dokonać zakupu. W innych zaś, przeceniony towar jest prezentowany z pełnym wykazem omnibusowych informacji, w każdym miejscu, w którym wyświetla się na stronie internetowej sklepu. Rozporządzenie Ministra Rozwoju i Technologii w sprawie uwidaczniania cen towarów i usług w sposób bardzo ogólny wskazuje, że: „…cenę lub informację o obniżonej cenie uwidacznia się na danym towarze, bezpośrednio przy towarze lub w bliskości towaru, którego dotyczy cena lub informacja o obniżonej cenie, w miejscu ogólnodostępnym i dobrze widocznym, dla konsumentów”.

Problem stwarza również ustalenie, do jakich transakcji mają zastosowanie zmienione przepisy ustawy – b2c czy także b2b.

– Nie ulega wątpliwości, iż ustawa o informowaniu o cenach towarów i usług ma zastosowanie do sprzedaży detalicznej, zarówno w transakcjach b2c, jak i b2b – mówi Gabriela Halla-Popławska.

Zgodnie z uzasadnieniem projektu ustawy implementującej dyrektywę omnibus – promocje na nowych zasadach miałyby mieć zastosowanie tylko w transakcjach zawieranych z konsumentami.

– Problem polega na tym, że w ustawie nie zastosowano żadnego wyłączenia – dodaje Gabriela Halla-Popławska.

Prawidłowe wdrożenie dyrektywy w tym kontekście powinno być teraz dla e-przedsiębiorców priorytetem. Tego, czy jej założenia zostały wprowadzone poprawnie, będzie pilnować Państwowa Inspekcja Handlowa. Sprzedawcy, którzy nie dostosują się do przepisów, mogą spodziewać się od organu kary pieniężnej do 20 tys. zł. Z kolei przedsiębiorcy, którzy notorycznie będą naruszać przepisy ustawy (co najmniej trzykrotnie w okresie 12 miesięcy), mogą spodziewać się kary nawet do 40 tys. zł.
Implementacja dyrektywy Omnibus w Polsce jest rozproszona po ustawach o prawach konsumenta, o ochronie konkurencji i konsumentów, o przeciwdziałaniu nieuczciwym praktykom rynkowym oraz o informowaniu o cenach towarów i usług.

– W ustawie o prawach konsumenta zostały wprowadzone nowe definicje takie jak: internetowa platforma handlowa czy dostawca internetowej platformy handlowej. Na dostawcę internetowej platformy handlowej nałożone zostały nowe obowiązki informacyjne polegające na: konieczności poinformowania konsumenta, w sposób jasny i zrozumiały o głównych parametrach decydujących o plasowaniu ofert przedstawionych konsumentowi oraz o tym, czy osoba trzecia oferująca swoje towary, usługi lub treści cyfrowe na internetowej platformie handlowej jest przedsiębiorcą. Dzięki temu ostatniemu konsument będzie wiedział, czy zawarta przez niego na internetowej platformie handlowej umowa kupna podlega ochronie przepisów prawa konsumenckiego – wyjaśnia Gabriela Halla-Popławska.

Powszechnie stosowaną praktyką w świece e-commerce jest publikowanie przez sprzedających opinii o oferowanych przez siebie produktach czy świadczonych usługach. Nie jest tajemnicą, że na tym polu dochodziło do wielu nadużyć ze strony nieuczciwych sprzedawców. Dlatego też idąca za dyrektywą Omnibus zmiana ustawy o przeciwdziałaniu nieuczciwym praktykom rynkowym, reguluje kwestie publikowania opinii. W ramach noweli do ustawy dodano definicję plasowania, poprzez którą rozumie się przyznawanie określonej widoczności produktom lub wagę nadawaną wynikom wyszukiwania przez przedsiębiorców.

– Do katalogu istotnych informacji, które potrzebne są przeciętnemu konsumentowi, do podjęcia decyzji o zawarciu umowy dodano przepis, który zobowiązuje do informowania kupujących o tym, w jaki sposób na stronie zamieszczane są opinie. W szczególności, w jaki sposób sprzedający weryfikuje, czy opinie zamieszczane na stronie internetowej rzeczywiście pochodzą od konsumentów, którzy używali danego produktu lub go nabyli – mówi Gabriela Halla-Popławska.

Wielu przedsiębiorców jeszcze boryka się z wprowadzeniem zmian.

– Nie sądzę, by wynikało to ze złej woli polskich przedsiębiorców. Opóźnienia mogą wynikać z faktu, iż mieli oni bardzo mało czasu na dostosowanie się do nich. Projekt ustawy zakładał minimalny okres vacatio legis, czyli 14 dni, zaś w połowie listopada 2022 r., jedną z poprawek senackich było wskazanie, że przepisy mają wejść w życie z dniem 01 stycznia 2023 r. – dodaje Gabriela Halla-Popławska.

Źródło: IdoSell.

Wysoka inflacja i drożyzna, jeśli do Polski wejdzie euro?

volkan-olmez-73767-unsplashW pierwszych dwóch tygodniach 2023 roku pojawiło się w mediach wiele wypowiedzi na temat wprowadzenia euro w Chorwacji. Niektórzy politycy, w tym premier Mateusz Morawiecki, używają tego przykładu, aby straszyć Polaków nieprawdziwymi albo przerysowanymi informacjami na temat euro.

W tej, mającej na celu zniechęcenie ludzi do europejskiego pieniądza narracji, zaakcentowano w szczególności „związek” euro z domniemaną „drożyzną”. To, jak zauważa również prof. Dariusz Rosati, autor książki „Euro. Mity i fakty”, jeden z najbardziej rozpowszechnionych mitów na temat euro i zarazem jeden z najbardziej fałszywych.

Premier Mateusz Morawiecki twierdzi, że „kilka dni temu Chorwacja przyjęła euro i Chorwaci przeżywają szok cenowy. Ceny w sklepach są tam znacząco wyższe, bo wzrosły o około 70-80%. Niektórzy chcą, by Polska poszła w ślady Chorwacji – dziś widzimy, jakie niesie to za sobą ryzyka”. Senator partii PiS, Stanisław Karczewski napisał, że „europejska waluta, jak pokazał przykład Chorwacji, oznacza podwyżki”. – „Polski złoty jest cenną walutą, a widzimy co dzieje się w Chorwacji po zmianie na euro” – oświadczyła nominowana przez partię PiS minister finansów Magdalena Rzeczkowska. Przytoczone wypowiedzi rządzących, podane jedynie przykładowo, wprowadzają Polaków w błąd i budują fałszywe wyobrażenie o wprowadzeniu w Polsce euro. Dlatego warto przytoczyć kilka faktów na ten temat zaczynając od sytuacji w Chorwacji.

Dzięki przyjęciu euro Chorwacja przeszła z peryferii do centrum decyzyjnego Unii Europejskiej. W sprawach gospodarczych jej głos będzie dużo silniejszy. Chorwacja przyjęła euro także, żeby wzmocnić swoją pozycje międzynarodową. W obecnej chwili, w sumie niewielkie zmiany cen u naszych chorwackich przyjaciół nie dają się przypisać wprowadzeniu euro, ale presji inflacyjnej wynikającej zwłaszcza ze wzrostu cen światowych na paliwa i żywność” – twierdzi prof. Artur Nowak-Far, doradca programowy ds. euro w Fundacji Wolności Gospodarczej.

Marek Tatała, ekonomista, wiceprezes Fundacji Wolności Gospodarczej realizującej kampanię KursNaEuro.pl dodaje, że wypowiedzi o rzekomej „drożyźnie” są oderwane od danych i analiz. – „Doświadczenia innych krajów strefy euro nie potwierdzają, że doszło w nich do skokowego wzrostu cen czy nagłego pojawienia się „drożyzny”. Jednocześnie, jeszcze przed wprowadzeniem euro, Chorwacja, podobnie jak większość gospodarek w Europie, zmagała się z wysoką, choć niższą niż w strefie złotego, inflacją, która w listopadzie 2022 r. sięgnęła 13,5 proc. Wiele firm aktualizuje ceny na początku roku i robi to częściej przy podwyższonej inflacji. Zasadnym pytaniem jest jak wiele podwyżek na początku roku było powiązanych z wysoką inflacją (co nie ma związku z euro), czyli także wyższymi kosztami prowadzenia działalności gospodarczej przez wiele podmiotów? Nie ma obecnie danych, by na to pytanie rzetelnie odpowiedzieć. Chorwackie instytucje publiczne, bazując na doświadczeniach innych krajów, korzystają z różnych narzędzi, aby ukrócić nieuczciwe przeliczanie cen z kun na euro. Służą temu m.in. podwójne ceny w sklepach (pokazywane w starej i nowej walucie), kary za manipulowanie kursem wymiany czy różne formy nacisku (państwa, konsumentów) i kontroli. To z czym mamy obecnie do czynienia po stronie niektórych polityków, w tym przedstawicieli rządów, to celowe demonizowanie euro. Rządzący powinni na temat euro rzetelnie informować i edukować, aby w końcu zrealizować zobowiązanie przyjęcia w Polsce euro zawarte wraz z wejściem do Unii Europejskiej” – twierdzi Tatała.

Temat rzekomej drożyzny został również wyjaśniony w tekście „Wprowadzenie euro NIE spowoduje wzrostu cen” opublikowanym w całości w sekcji „Fakty i Mity” na stronie www.KursNaEuro.pl stworzonej przez Fundację Wolności Gospodarczej, czytamy w nim m.in:

To naturalne, że obawiamy się wzrostu cen. Jednak pojawiające się w mediach czy Internecie tezy, w których próbuje się łączyć moment wprowadzenia euro ze wzrostem inflacji, często są oparte na anegdotach i cenach pojedynczych, losowo wybranych produktów. Oficjalne, przekrojowe dane z państw, które wprowadziły euro, jasno dowodzą, że zmiana waluty na euro nie powoduje wzrostu cen.

Pierwszych dwanaście państw przyjęło euro jako swoją walutę w 1999 r. (a w postaci gotówkowej w 2002 roku). Według danych Eurostatu, poziom cen w całej strefie euro wzrósł wtedy – w styczniu 2002 r. – o 0,5 punktu procentowego, jednak w kolejnych miesiącach inflacja uległa obniżeniu i w całym 2002 roku pozostała już na tym samym poziomie, co w roku 2001 (2,3%)1. Szacuje się, że wpływ wprowadzenia wspólnej waluty na ówczesny wzrost cen był niewielki – to znaczy, samo wprowadzenie euro odpowiadało tylko za 0,05 do 0,24 punktu procentowego (wg analiz Komisji Europejskiej) lub 0,09 do 0,14 p.p. wzrostu rocznej stopy inflacji HICP (wg analiz Eurostatu i Europejskiego Banku Centralnego), a za pozostałą część tej wartości odpowiadały wówczas inne czynniki2.

(…) Warto dodać, że samo posiadanie narodowej waluty nie jest lepszym zabezpieczeniem przed wzrostem cen niż scenariusz przystąpienia do unii walutowej. Po pierwsze, nigdy nie mamy gwarancji, że rządzący będą prowadzić odpowiedzialną politykę antyinflacyjną na poziomie krajowym, ani że krajowy bank centralny podejmie właściwe kroki w momencie, gdy inflacja zacznie rosnąć. Po drugie, w sytuacji globalnego kryzysu lub innych niespodziewanych zdarzeń (np. pandemia, wojna, katastrofy klimatyczne), kraj taki jak Polska jest wystawiony na ryzyko kursowe, które może przekładać się na wzrost cen produktów importowanych czy wzrost cen paliw i energii. W skrajnych przypadkach może to skutkować poważnym kryzysem gospodarczym i bardzo wysoką inflacją.

W dyskusjach o wprowadzeniu euro w Polsce brakuje często odniesienia do faktów i doświadczeń innych krajów, a pojawia się wiele mitów, które służą demonizowaniu europejskiej waluty. Dlatego tworzymy i rozwijamy kampanię „Kurs na euro”, z którą można zapoznać się na stronie www.KursNaEuro.pl – podsumowuje Tatała.

1 Rosati, D. (2022) Euro. Mity i Fakty, Polskie Wydawnictwo Ekonomiczne, s. 164-175

2 Fritsche, U., Graff, M., Lamla, M., Lein, S., Liechti, D., Nitsch, V., Sturm, J.-E., Triet, D. (2009) ‚The euro and prices: changeover-related inflation and price convergence in the euro area’, European Economy – Economic Papers 2008 – 2015 (Directorate General Economic and Financial Affairs, European Commission), Nr 381. Dostępne: https://econpapers.repec.org/paper/eufecopap/0381.htm [Data dostępu: 13.10.2022].

Komunikat prasowy Fundacji Wolności Gospodarczej, twórcy kampanii KursNaEuro.pl

 

RRJ Group o inwestycjach w kryzysie i sytuacji na rynku pracy

jodko-600x463
Jednym z paradoksów kryzysu w gospodarkach poszczególnych krajów jest to, że powstają nowe miejsca pracy, a jednocześnie wiele firm już rozpoczęło zwolnienia grupowe. Wysoka wciąż inflacja nieco zaczęła spadać w krajach strefy euro, ale nie maleje w żaden sposób presja cenowa. I właśnie to presja cenowa mówi nam być może najwięcej o obecnym kryzysie, bo wysokie ceny przekładają się na zachowania konsumentów i inwestorów – wskazuje ekspert ds. inwestycji Radosław Jodko z RRJ Group.

Spis treści:
Inflacja w Europie
Rosnące ceny a rynek nieruchomości
Czy coś się zmieni?

Inflacja w Europie

Inflacja w strefie euro wzrosła w październiku do 10,6 proc., co stanowi rekord, chociaż jest to poziom minimalnie niższy od tego, co wcześniej zapowiadano. Rośnie też liczba państw, w których inflacja zaczęła spadać. W październiku było ich już jedenaście; dodatkowo w trzech nie zmieniła się, w pięciu spadła w porównaniu do poprzedniego miesiąca, w czterech – spadała rok do roku.

– To właśnie największy może paradoks tego kryzysu. Z jednej strony widzimy sygnały, że spada inflacja, czego wypatrują rynki. Ale nie maleje presja cenowa. Wręcz przeciwnie – widać, że ceny jeszcze będą rosły. I to właśnie presja cenowa przekłada się na konkretne zachowania –konsumentów i inwestorów. W tej chwili w inwestycjach powszechne jest przekonanie, które nazwałbym wstrzymaniem oddechu. Inwestorzy w przeważającej części decydują się poczekać na rozwój sytuacji – i z decyzjami wstrzymują się na przykład na kilka miesięcy – mówi Radosław Jodko.

Rosnące ceny a rynek nieruchomości

Najlepszym dowodem na takie spowolnienie jest rynek nieruchomości, gdzie obserwujemy znacząco mniej inwestycji i realizacji. Znacząco mniej nowych budów nie przekłada się na razie na jakikolwiek stały trend spadkowy cen.
– Odmieniany przez przypadki „kryzys gospodarczy” ma kompletnie inne oblicze i inne mierniki niż te, do których jesteśmy przyzwyczajeni. Jest znacząco więcej sprzecznych tendencji. Powstają nowe miejsca pracy i pracowników wciąż się szuka, choć pewnie nieco mniej, ale jednocześnie wiele firm już rozpoczęło albo zapowiedziało zwolnienia grupowe. Inwestycje w nieruchomości może jest mniej, ale wciąż te najbardziej atrakcyjne – choćby z uwagi na lokalizację – są poszukiwane i pożądane – wylicza Jodko.

Czy coś się zmieni?

– Kluczowe dla tego, co będzie działo się gospodarczo w Europie, rozgrywa się w moim przekonaniu poza nią, czyli w relacjach między Stanami Zjednoczonymi i Chinami. Mamy do czynienia z czymś w rodzaju gospodarczej wojny. Analitycy mówią, że spadki miedzi i ropy są mocno powiązane z powracającą obawą o koniunkturę gospodarczą w Chinach. Ale na rynki do dłuższego czasu z uwagą patrzą na relacje amerykańsko-chińskie, choćby na spór o dostęp do technologii. Uścisk dłoni na ostatnim szczycie G20 na Bali niewiele zmienia w ekonomicznym sensie, nawet jeśli Bloomberg nazywa go najważniejszym uściskiem dłoni prezydentury Joe Bidena – przekonuje ekspert ds. inwestycji Radosław Jodko.

– Z pewnością to znacząco inny kryzys, o wiele bardziej zmienny i żeby zrozumieć właściwie jego naturę czy wypatrując sygnałów ożywienia, nie wystarczy spoglądać jedynie na wybrane wskaźniki. Zachowania konsumentów i inwestorów są być może najważniejszym odbiciem tego, co tak naprawdę liczy się w naszych decyzjach dotyczących, co robimy z pieniędzmi –podsumowuje ekspert ds. inwestycji Radosław Jodko z RRJ Group.

Źródło: RRJ Group.

Sytuacja kobiet w polskich małych i średnich przedsiębiorstwach

gawrońska
Jak prezentuje się sytuacja kobiet w sektorze MSP, czyli małych i średnich przedsiębiorstw? Okazuje się, że im mniejsza firma, tym niższy priorytet ma kwestia równości płci – wynika z badania Bibby MSP Index przeprowadzonego na reprezentatywnej próbie małych i średnich przedsiębiorstw na zlecenie Bibby Financial Services. 52 proc. badanych właścicieli i prezesów deklaruje, że w ich firmach prowadzona jest polityka zrównywania szans kobiet i mężczyzn. Wśród prowadzonych działań najczęściej wskazywane jest wyrównywanie płac (66 proc.), stosowanie parytetów na stanowiskach dyrektorskich i kierowniczych jest już o wiele mniej popularne (26 proc.).

Spis treści:
Równa praca, równa płaca
Zarządy zdominowane przez mężczyzn
Przyczyny nierówności

52 proc. firm-respondentów Bibby MSP Index potwierdza, że w ich organizacji prowadzona jest polityka zrównywania szans. Co ciekawe, reprezentanci średnich przedsiębiorstw (59-249 zatrudnionych) deklarują to istotnie częściej. Zupełnie inaczej sytuacja wygląda w małych organizacjach (10-49 zatrudnionych), gdzie większość odpowiedzi brzmi „raczej nie”. To istotna różnica w postrzeganiu rzeczywistości miejsca pracy, która pokazuje, że im mniejsza organizacja, tym niższy priorytet ma kwestia równości płci.

Równa praca, równa płaca

W badaniu Bibby MSP Index mali i średni przedsiębiorcy byli pytani również o podejmowane działania w zakresie zrównywania szans. Najwięcej firm deklaruje wdrażanie polityki równych płac dla kobiet i mężczyzn na tych samych stanowiskach – 2/3 badanych potwierdziło, że płace dla kobiet i mężczyzn są w ich organizacjach równane. Wachlarz działań na rzecz równości kobiet i mężczyzn w miejscu pracy jest w polskich małych i średnich przedsiębiorstwach szerszy – 26 proc. firm biorących udział w badaniu Bibby MSP Index zadeklarowało, że ma ustalony parytet na stanowiskach dyrektorskich i kierowniczych, a tym samym stara się zatrudniać tyle samo kobiet i mężczyzn. 23 proc. badanych zachęca mężczyzn do korzystania z urlopów tacierzyńskich, a co piąta firma prowadzi programy mentorskie, szkoleniowe i rozwoju zawodowego dla kobiet.
Obecnie, w czasach post-pandemicznych, jednym z rozwiązań, które znacznie ułatwiają życie kobietom – ale nie tylko! – jest praca zdalna i elastyczny czas pracy.

– Jako lider często zadaję sobie pytanie: co może zrobić firma dla pracujących kobiet? W Bibby Financial Services sprawdziło się wprowadzenie na stałe hybrydowego modelu pracy – elastyczne godziny ułatwiają codzienną logistykę matkom, czy osobom pomagającym starszym rodzicom. Ale to tylko jedno z wielu rozwiązań – rynek dostarcza nam całą gamę dobrych praktyk

– mówi Tomasz Kukulski, prezes Bibby Financial Services, firmy, która zainicjowała w ramach Bibby MSP Index badanie sytuacji kobiet w małych i średnich przedsiębiorstwach.

Wkrótce wiele z równościowych rozwiązań zostanie wprowadzone do polskiego Kodeksu Pracy wraz z implementacją unijnej dyrektywy work-life balance.

Zarządy zdominowane przez mężczyzn

Z danych podanych przez Unię Europejską wynika, że w Polsce jesteśmy blisko osiągnięcia równowagi, jeśli chodzi o odsetek kobiet i mężczyzn na stanowiskach kierowniczych – mężczyźni stanowią niewiele ponad 50 proc. kadry zarządczej. Jednak statystyka ta dotyczy wszystkich szczebli kadry zarządzającej, od kierowników, przez dyrektorów, po prezesów firm. I o ile na niższych stanowiskach możemy mówić o względnej równowadze, o tyle znaczna większość ról prezesowskich jest zarezerwowana dla mężczyzn.
Z badania Bibby MSP Index wynika, że najwięcej bo aż 37 proc. badanych potwierdza, że udział kobiet w zarządzie ich firmy to wartość z zakresu 26-50 proc. W co piątej firmie panie w zarządzie stanowią do ¼ składu osobowego. Tylko 9 proc. firm może się pochwalić zarządem kobiecym w 51-75 proc. Jedynie w przypadku 6 proc. małych i średnich podmiotów kadrę kierowniczą stanowią same kobiety. Natomiast w co czwartym przedsiębiorstwie zarządy są wyłącznie męskie.

– Liczne badania pokazują, że zarządy, w których zasiadają kobiety, mają większe zyski. Za obecnością kobiet na stanowiskach kierowniczych przemawiają też pewne umiejętności, jakie przejawia większość z nas. Empatia, dobra organizacja, współpraca, skuteczne budowanie zespołów czy dbanie o dobre relacje to budulec innowacyjnych przedsiębiorstw XXI w. Niewątpliwie są to argumenty przemawiające za tym, aby wprowadzić parytety. Z drugiej jednak strony wszelkie odgórne regulacje napotykają opór pewnych grup, co może być w początkowej fazie przeciwskuteczne. Dlatego jako kobieta i członek zarządu dużej firmy wierzę przede wszystkim w siłę rynku i dobrych wyników, aktywizację zawodową kobiet, promowanie różnorodności i wdrażanie działań na rzecz równości kobiet i mężczyzn w miejscu pracy

– mówi Ewa Gawrońska-Micuń, Dyrektor Operacyjny i Członek Zarządu w Bibby Financial Services.

Zdaniem Zofii Dzik, impact inwestorki, założycielki i prezeski Instytutu Humanites, styl zarządzania nie zależy od płci. Można z łatwością znaleźć przykłady apodyktycznych jak i empatycznych liderów kobiety i mężczyzn.

– W mojej ocenie w dzisiejszym zmiennym, złożonym świecie #VUCA, #BANI dobry lider, niezależnie od płci powinien poszerzać swoje umiejętności i mieć zdolność elastycznego poruszania się po szerokiej osi stylów przywództwa, od dyrektywności po empatię, w zależności od kontekstu i potrzeb danej sytuacji. Oprócz stylu, ludzie dziś potrzebują przede wszystkim spójnych liderów, którzy nie będą mieli podwójnego systemu wartości

– mówi Zofia Dzik, w komentarzu do raportu.

Przyczyny nierówności

Zdaniem wielu ekspertów, przyczyn nierównego traktowania kobiet i mężczyzn w firmach należy szukać nie tylko w legislacji czy wewnętrznych regulacjach, ale także w stereotypach. Z niektórymi możemy walczyć edukacją i debatą publiczną, innym kres może położyć dopiero zmiana pokoleniowa.

– Wierzę, że jesteśmy na dobrej drodze. Kultura różnorodności i włączania (wszystkich mniej uprzywilejowanych grup społecznych) staje się trendem. Młode pokolenia stawiają pracodawcom zupełnie inne wymagania niż ich rodzice czy dziadkowie. Chcą robić ciekawe, dobre rzeczy, czuć się w pracy swobodnie, móc być sobą, realizować pasje i wykorzystywać talenty. Niezależnie od płci, poglądów, koloru skóry, preferencji seksualnych czy wyznania. Wywierają nieagresywną presję – w pracy mają liczyć się wyłącznie kompetencje

– mówi Dominika Bettman, CEO Microsoft Polska, przedsiębiorczyni, orędowniczka nowych technologii i zrównoważonego biznesu, jedna z komentatorek w raporcie podsumowującym badanie Bibby MSP Index.

Co mogą zrobić mali i średni przedsiębiorcy już teraz

Niezależnie od tego, kiedy finalnie do polskiego prawa zostaną wprowadzone zapisy unijnej dyrektywy work-life balance, przedsiębiorcy już teraz mogą zadbać o równość kobiet i mężczyzn. Wynika to ze zdroworozsądkowego podejścia do biznesu. Jak podkreśla Tomasz Kukulski, prezes Bibby Financial Services, rynek potrzebuje takich organizacji, w których człowiek po prostu czuje się dobrze i może rozwijać swoje pasje, bo wtedy jest kreatywny. Sukces osiągną te firmy, w których pracować będą zadowoleni ludzie, kobiety i mężczyźni.
O tym, że sytuacja kobiet w miejscu pracy jest lepsza niż jeszcze 10 lat temu, jest przekonanych 60 proc. respondentów badania przeprowadzonego w 2021 r. na zlecenie Pracuj.pl. Jednak aż 42 proc. przebadanych kobiet nie zgodziło się ze stwierdzeniem, że obie płcie mają równe szanse w miejscu pracy. To pokazuje, że choć jest lepiej, to osiągnięcie równości płci w miejscu pracy nadal jest przed nami.

Źródło: Bibby MSP Index.

Branża handlowa inwestuje w zabezpieczenia

adeolu-eletu-38649-unsplash
Liczba kradzieży w sklepach stacjonarnych, centrach handlowych i na stacjach benzynowych rośnie.

Od stycznia do października 2022 roku stwierdzono 26 030 kradzieży, co oznacza 30% zdarzeń więcej niż w analogicznym okresie 2021 roku. Przed nami jednak jeszcze szczyt sezonu zakupowego. Roczne straty branży retail w wyniku kradzieży to prawie 5 mld zł – wynika z raportu firmy Crime&Tech. Sklepy inwestują w zabezpieczenia ok. 2,6 mld zł rocznie – wśród nich są „inteligentne bramki” komunikujące się z monitoringiem, detektory rozszywaczy czy videoparagony.

– Galerie handlowe i sklepy stacjonarne raczej nie kojarzą się klientom z zaawansowaną technologią. Tymczasem są one wyposażone w nowatorskie rozwiązania. Szczególną rolę high tech odgrywa w okresach, kiedy liczba odwiedzających sklepy rośnie, a sprzedaż bije rekordy, jak przy okazji niedawnego Black Friday. Stosowane systemy mają służyć nie tylko zwiększaniu komfortu kupujących i podnoszeniu poziomu ich obsługi, ale także skracaniu kolejek przy kasach i zwiększaniu dostępności produktu na półkach. Ważną częścią tych rozwiązań są technologie zabezpieczające asortyment przed kradzieżami – mówi Mirosław Cieśla ze SPIE Building Solutions.

Zmiany w prawie budowlanym oznaczają trudny test dla branży budowlanej

Iwona Huryn

Budowa domów jednorodzinnych bez pozwolenia na budowę, a jedynie na zgłoszenie, to tylko początek rewolucyjnych zmian, które czekają nas od stycznia 2023 roku. Specjaliści alarmują, że branża nie konsultowała nadchodzących zmian, a ich wprowadzenie może prowadzić do braku właściwego nadzoru. „Czeka nas eksperyment prawny, który pokaże, czy branża jest gotowa na wzięcie takiej odpowiedzialności, by nie doprowadzić do chaosu funkcjonalnego i urbanistycznego” – mówi Iwona Huryn, Counsel i członek zespołu w praktyce rynku nieruchomości i budownictwa w warszawskim biurze kancelarii Wolf Theiss.

Zmiany w Prawie budowlanym, które weszły w życie 1 stycznia 2023 r., objęły wiele reform, w tym między innymi, nową procedurę budowy domów jednorodzinnych bez pozwolenia na budowę, a jedynie na zgłoszenie. Pojawia się także rozszerzenie katalogu listy inwestycji realizowanych na tak zwanych uproszczonych zasadach m.in. o mikroelektorownie wiatrowe (o wysokości 3–12 m) czy bezodpływowych zbiorników na wody opadowe lub roztopowe. W przypadku obiektów do 5 m3 pojemności odbywa się to bez zgłoszenia i pozwolenia, zaś w przypadku pojemności od 5 do 15 m3 wystarczy jedynie zgłoszenie.

Oddawanie do użytkowania budynków mieszkalnych jednorodzinnych oraz obiektów budowlanych kategorii III odbywać się będzie jedynie po zawiadomieniu o zakończeniu budowy, a więc nie będzie konieczna decyzja o pozwoleniu na użytkowanie. Nie oznacza to jednak całkowitej rezygnacji z pozwoleń na użytkowanie. Pozwolenie na użytkowanie będzie wydane, jeżeli przystąpienie do użytkowania obiektu budowlanego ma nastąpić przed wykonaniem wszystkich robót budowlanych oraz gdy sam inwestor dobrowolnie o to wystąpi, mimo że uzyskanie decyzji o pozwoleniu na użytkowanie nie jest wymagane.

„Z pewnością poszerzenie listy inwestycji realizowanych na uproszczonych zasadach o mikroelektrownie wiatrowe czy zbiorniki do gromadzenia wody można odbierać jako wspieranie idei zeroemisyjności budynków, co cieszyć powinno środowiska nastawione proekologicznie.”, mówi Iwona Huryn z Wolf Theiss.

Bez pozwolenia na budowę można będzie wybudować każdy dom – niezależnie od metrażu, jednakże pod warunkiem, że jest budowany na potrzeby własne i posiada maksymalnie dwie kondygnacje. Ustawodawca wskazuje, że zgłoszenia mają być realizowane na podstawie projektu sporządzonego z kierownikiem budowy. To właśnie kierownik budowy ma potwierdzać gotowość budynku do zamieszkania.

Celem zmiany teoretycznie jest ułatwienie jak również dążenie do upraszczania procedur. Tyle że uzasadnione staje się pytanie o to, czy utrata ważnego etapu kontroli wstępnej i następczej prowadzonej do tej pory przez administrację publiczną nie będzie skutkować pewnym chaosem? Czy nie zabraknie właściwego nadzoru, który byłby swoistym gwarantem przestrzegania przepisów prawa – zarówno budowlanego jak również prawa lokalnego tj. miejscowych planów zagospodarowania przestrzennego? Czy branża jest na to gotowa?” zastanawia się Iwona Huryn.

Przedstawiciele branży budowlanej wskazywali w toku prac, że o zmianach dowiedzieli się z konferencji prasowej przedstawicieli rządu.

Zdaniem jednego z ekspertówCzeka nas eksperyment prawny, który pokaże, czy branża jest gotowa na wzięcie odpowiedzialności, by nie doprowadzić do chaosu funkcjonalnego i urbanistycznego. Jest jeszcze jeden ważny aspekt tych zmian. Odpowiedzialność za budowę zostaje przerzucona na inwestora, projektanta i kierownika budowy. To potencjalne ryzyko sporów sądowych między nimi, które będą obciążać sądy i czas inwestorów. To właśnie budzi największe wątpliwości, a mianowicie – budując na zgłoszenie, nie otrzymujemy żadnej decyzji z urzędu, a więc z każdym problemem zostajemy niejako sami”.

Bez udziału kierownika budowy i bez pozwolenia na budowę mają wciąż być budowane domy poniżej 70 m2. Nie bez znaczenia są także wprowadzone w nowelizacji zmiany Prawa Budowlanego, które dotyczą elektronicznych uprawnień:

  • Elektroniczny Dziennik Budowy (system EBD) ma rejestrować przebieg wszelkich prac budowlanych.

  • Elektroniczna Książka Obiektu Budowlanego ma gromadzić informacje o obiekcie budowlanym, jego właścicielach i zarządcach, przeprowadzonych kontrolach, ekspertyzach i opiniach technicznych.

  • Powstać ma nowy elektroniczny System Nadzoru Rynku Wyrobów Budowlanych.

System został opracowany w Głównym Urzędzie Nadzoru Budowlanego. W swoim założeniu system ma umożliwić realizację czynności on-line. Powyższe rozwiązanie stanowi pogłębianie procesu cyfryzacji. Elektroniczny Dziennik Budowy ma być udostępniony w systemie EDB na stronie Głównego Inspektora Nadzoru Budowlanego w Biuletynie Informacji Publicznej.

Budowa systemów dostępów elektronicznych to oczywiście wielkie wyzwanie. Trzeba więc trzymać kciuki za powodzenie tego projektu. Widzimy także szansę na przyspieszenie budów nowych domów, w tym rozbiórek istniejących domów, ponieważ zgodnie ze zmianami wchodzącymi przepisy nakładają bowiem kary za nieterminowe wydawanie pozwoleń na rozbiórkę.” – podsumowuje mecenas Huryn.

Przedstawiciele branży są zdania, że wzrośnie rola ekspertów od oceny technicznej. Od tego roku rzeczoznawcy mają otrzymać uprawnienia do sporządzania opracowań technicznych dotyczących obiektów budowlanych.

Źródło: Wolf Theiss.